|
środa, 16 maja 2012
O toruńskim myśleniu, czyli szef lotniska buja w chmurach
Podczas mojego pobytu w Warszawie z ust prezesa Tomasza Moraczewskiego padł absurdalny pomysł, by do nazwy bydgoskiego lotniska dodać słowo ,,Toruń''. Wiele już na ten temat powiedziano, więc nie będę pastwił się nad wszystkimi argumentami, skupię się na jednym, bo moim zdaniem zahacza o szerszy problem. Moraczewski - przypomnijmy: torunianin rządzący portem lotniczym z nadania toruńskiego marszałka - przekonuje m.in., że nasi sąsiedzi wolą korzystać nawet z bardziej odległych lotnisk, bo z naszym się nie identyfikują. Dawno większej bzdury nie słyszałem. Te słowa świadczą albo o tym, że prezes stracił zdolność logicznego myślenia, albo, że identyfikuje się z wąską grupą skrajnych lokalnych szowinistów. Nie wiem, co gorsze, wiem, że każda z tych wersji dyskredytuje osobę na takim stanowisku. Oczywiście są torunianie, którzy tak nienawidzą Bydgoszczy, że ich noga nigdy w naszym mieście nie postanie. Są też bydgoszczanie, którzy do Włocławka przez Jelenią Górę by jechali, byle tylko po drodze nie wpaść do Torunia. Ale to ekstrema. Nie wyobrażam sobie, by rozsądnie myślący człowiek nie skorzystałby z atrakcyjnej oferty bydgoskiego lotniska tylko dlatego, że w jego nazwie nie ma słowa na ,,T''. Dlatego, zamiast opowiadać dyrdymały, Moraczewski powinien skupić się na poprawianiu atrakcyjności naszego portu. cdn. *** Dzisiaj Zawisza zrobił duży krok do ekstraklasy, mistrzostwa Europy w piłce nożnej zbliżają się wielkimi krokami, więc utwór z futbolem w tle. Dla koneserów - Brytyjczycy wykorzystali w nim motywy dzieła Johanna Pachelbela ,,Kanon D-dur''. The Farm - All Together Now
poniedziałek, 14 maja 2012
Gdzie oni są, czyli o kibicowaniu polityków
Podczas sobotniej urodzinowej imprezy mojego serdecznego kamrata uczestniczyłem w gorącej dyskusji na taki temat: czy politycy i wysocy urzędnicy związani ze sportem powinni z obowiązku jeździć na ważne mecze, takie jak decydujące boje koszykarzy Astorii o awans do I ligi. Jestem dość radykalny w swoich poglądach, a alkohol radykalizm wzmacnia. Choć nadal uważam, że powinni, dzisiaj bardziej rzucam rzecz pod dyskusję, niż piętnuję. Mecze były w Poznaniu, czyli blisko. Wybrała się na nie całkiem spora grupa bydgoszczan. Był m.in. z rodziną sponsor klubu. Można powiedzieć, że na własne oczy chciał zobaczyć, czy dobrze wydaje pieniądze. Na pewno pokazał, że robi to z pasją. Przedstawicieli ratusza nie widziałem, a miasto przecież też łoży na koszykarzy. Czy odpowiedzialny za sport wiceprezydent Sebastian Chmara albo kibic koszykówki wiceprezydent Jan Szopiński powinni tam być? Moim zdaniem tak. Taka obecność na ważnym spotkaniu wzmacnia lokalne więzy. Pokazuje, że praca jest przy okazji pasją. Jeśli dla innych taki pojedynek był sposobem na niedzielę... Oczywiście może nie mogli, może mieli przyjęcie w rodzinie. Przyznaję, że nie wiem, czy przedstawiciel ratusza był w Toruniu na żużlu, w końcu derby to też ważne wydarzenie. Wspomniany wiceprezydent Chmara, który na meczach pojawia się za rzadko, w weekend gościł na jakimś festynie sportowym w Fordonie, a tydzień temu przebiegł przecież 10 km w deszczu. Uczciwie przyznaję, że gdy zestawiłem te fakty, trochę spuściłem z tonu. To w ogóle jest wpis też o granicach między prywatnością a pracą. Z doświadczenia wiem, że są zawody, w których nie można zapomnieć o obowiązkach po wyjściu z firmy. Bo jak mam nie patrzeć profesjonalnie nawet o tej porze na stronę bydgoszcz.gazeta.pl? Ciekawe, ilu tych polityków i urzędników pojedzie do Gliwic, gdy dojdzie tam do decydującego boju Zawiszy o ektraklasę. Łatwo wstawić na fejsbuku jakieś zdjęcie ze stadionu na Gdańskiej, by pokazać, że się jest cool. Łatwo brylować na trybunie honorowej... W środę bydgoscy kibice sportu staną przed dylematem - niezwykle ważny mecz Zawiszy z Pogonią czy decydujący pojedynek Astorii, do którego dojdzie dzięki niedzielnemu zwycięstwu... Ja wybiorę jednak sąsiadów zza miedzy. I jeszcze na marginesie - fajną halę ma poznański uniwersytet, choć położoną na wygwizdowie. Funkcjonalną, z basenem. Ciekawe, jak na tym tle będzie prezentował się kompleks sportowy UKW. *** Gale KSW to trochę inny sport. Ale okazuje się, że przy okazji świetny podkład do imprezy (takiej bez tańców). Leci to to w tle, mało przeszkadza, a na walkę można zrobić przerwę w konwersacji. Śmiechu jest przy tym co niemiara. Dlaczego piszę o tym w miejscu przeznaczonym na muzykę? Bo jeden z zawodników - ściślej Matt Horwich, możecie sobie wyguglać, jak wygląda - wchodził na ring przy dźwiękach genialnego utworu. Poszperałem w necie i znalazłem. Trochę wstyd, że nie znałem tej solowej płyty wokalisty Pearl Jam. Samą piosenkę powinienem kojarzyć, bo widziałem film ,,Wszystko za życie"' Seana Penna (jednego z moich ulubionych artystów kina). Wtedy mi umknęła, a świetna jest. Eddie Vedder - Society
piątek, 11 maja 2012
Rozryty bulwar, czyli toniemy w oparach absurdach
Część z Was pewnie dostrzegła rozryty bulwar nad Brdą między mostem Sulimy-Kamińskiego a Operą Nova. Ci, którzy nie widzieli niech wierzą mi na słowo, że nie mówimy o jakichś drobnych pracach, ale o regularnych wykopach. O zniszczeniu czegoś, co niedawno zostało zbudowane. Takie działania oburzają każdego człowieka, któremu Bydgoszcz obojętna nie jest. Nie trzeba być fachowcem, by dostrzec absurd tej sytuacji. Tylko urzędnicy umywają ręce. Ba, odpowiedzialni za ten bałagan nie widzą w tym nic złego. Na kiepski żart zakrawa fakt, że zapowiadają już kolejną ingerencję w bulwar - podczas rewitalizacji mostu Sulimy-Kamińskiego. Z taką mentalnością zwyczajnie nie nadają się do tej pracy. A biorą za nią niemałe pieniądze (nóż się w kieszeni otwiera na myśl, jak miasto pozwala świetnie dorabiać do nieprzeciętnych emerytur byłym wojskowym, ale to osobny temat). To nie pierwsza wpadka Lucyny Kojder-Szwedy. Za rządów Konstantego Dombrowicza kompromitowała się na fotelu wiceprezydenta, teraz nie radzi sobie na dyrektorskim stołku. Na obu stanowiskach nadzorowała prace nad Brdą. Nic dziwnego, że jest jak jest. Marynarz dochodząc do władzy w ratuszu, deklarował lepszą koordynację prac miejskich służb. Przez półtora roku nic z tego nie wyszło. Pierwsza inżynier miasta (przypominam, że była podwładną Kojder-Szwedy) odeszła po bałaganie na ul. Dworcowej, jej następca dopiero się wdraża. Jeśli prezydent nadal będzie tak pobłażał swoim podwładnym, nic się nie poprawi... Kilka spraw organizacyjnych: na pewno odniosę się do ważnych spraw, których nie skomentowałem podczas mojego pobytu w Warszawie, spodziewajcie się więc wpisów na temat pomysłu zmiany nazwy lotniska oraz kolejnych niekorzystnych dla nas rozstrzygnięć w sprawie spalarni. O marnotrawieniu publicznych pieniędzy w ramach realizacji tej inwestycji chciałbym też napisać na łamach ,,Gazety'', o ile znajdę na to czas. Jestem też jeszcze winien komentarz Wodociągom, które lekką ręką wydają naszą kasę. Zrobiłem też to, co zapowiadałem. Nie jest to jeszcze dzieło skończone, więc nie ogłaszam tego wszem i wobec, ale jeżeli komuś ułatwi to zaglądanie na mojego bloga, zapraszam ;-) *** Znowu coś wykopałem. Zespół, w którym karierę zaczynała połowa supergrupy Crosby, Stills, Nash and Young. Buffalo Springfield - For What It's Worth
wtorek, 08 maja 2012
Warszawskie impresje, czyli jasne strony wygnania
Zaniedbałem Was ostatnio. Przepraszam. To efekt pobytu w stolicy i późniejszego leniwego długiego weekendu, przynajmniej jego pierwszej części. Ale biorę się w garść. Podczas mojej nieobecności zebrało się tematów do skomentowania, jednak - zgodnie z obietnicą - nadrabiam zaległości od zamknięcia rozdziału ,,Warszawa''. Z zawodowego punktu widzenia nie było źle. Ale prywatnie te prawie dwa tygodnie miałem prawie wycięte z życiorysu. Dobrze chociaż, że w weekend mogłem poczuć stolicę. Pogoda była przednia, więc wybrałem zoo. Mam słabość do ogrodów zoologicznych. Warszawski trzyma poziom, choć to jednak półka niżej niż ten amsterdamski, w którym niedawno gościłem. Ale kilka wybiegów, choćby dla hipopotamów z basenem niczym gigantyczne akwarium, naprawdę pomysłowych. Na tym tle nasz Ogród Fauny Polskiej, choć niewątpliwie prowadzony z miłością do zwierząt, to ubogi krewny. Doprawdy nie wiem, dlaczego ratusz pokłada taką nadzieję w planowanym w nim terrarium. Atrakcja fajna, ale o lokalnym znaczeniu. Wracając do Warszawy - pierwszy raz w życiu odwiedziłem Łazienki, byłem też w sąsiednim ogrodzie botanicznym, poszwendałem się i to nawet kilka razy po Starym Mieście, jak już byłem w zoo w Parku Praskim, to zahaczyłem o Starą Pragę. W drugim tygodniu pobytu miałem problem z internetem w mieszkaniu służbowym. Choć futbol to nie mój sport numer jeden, żal mi było jak diabli meczu Barcelony z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów. Następnego dnia szukałem ,,na mieście'' miejsca, w którym mógłbym obejrzeć starcie Realu z Bayernem. I miałem problem, bo te knajpy takie ,,ą'', ,,ę''. W końcu wylądowałem w piwiarni Warki. Miałem za to szczęście wziąć udział w koncercie solidarności z Białorusią. Na Placu Defilad wystąpiła m.in. R.U.T.A. ze świetną wokalistką o wdzięcznym imieniu Apostazja, z którą bodaj nagrali nową płytą. Żeby wpis coś więcej wnosił, jeszcze dwie refleksje z dziedzin, które często poruszam. Po pierwsze, nie mogę złego słowa powiedzieć o komunikacji miejskiej: z powodzeniem korzystałem z biletów 20-minutowych za 2,60 zł (czyli tańszych niż u nas), a w dniu wyprawy do zoo z biletu dobowego za 12 zł (czyli w takiej samej cenie co u nas, co zakrawa na żart), do tego w mieście stoi mnóstwo biletomatów. I drugie spostrzeżenie - miałem wrażenie, że warszawiacy dużo chętniej korzystają z roweru jako środka transportu. Wiem, że narzekają przy tym trochę na infrastrukturę. Większa jest też gama pojazdów spotykanych na ulicach - popularne są kolarzówki i ostre koła. Cóż, w wielki świat dyktuje trendy... *** Nie muszę chyba uzasadniać, dlaczego dzisiaj ten kawałek. W swoich czasach to było rewolucyjne granie. Beastie Boys - (You Gotta) Fight for Your Right (to Party!)
wtorek, 24 kwietnia 2012
Centrum Nauki, czyli chyba nadal nie jest za późno
Nie, nie byłem w Centrum Nauki ,,Kopernik'', co można nazwać niekonsekwencją w obliczu wpisów sprzed miesięcy (co zobaczyłem w stolicy - w następnym wpisie). Za to dzisiaj usłyszałem na redakcyjnym kolegium, że z powodu ogromnego zainteresowania wstrzymali w nim sprzedaż biletów rocznych, z których warszawiacy gremialnie korzystali. I pomyślałem, że to szansa dla nas. Co więcej, wczoraj przeczytałem, że na Śląsku trwa walka, gdzie takie miejsce ma powstać. W grę wchodzi między innymi, to nowa propozycja, elektrociepłownia Szombierki w Bytomiu. Może więc warto wrócić do pomysłu budowy takiego cuda u nas. Już o to postulowałem na blogu (podobnie jak o diabelski młyn;-). Na Centrum Nauki z pewnością dostalibyśmy unijne dofinansowanie. Powinna tu działać podobna zasada jak w przypadku młyńskiego koła - im większe byśmy zbudowali, tym większe miałoby oddziaływanie. Bo w tej idei nie chodzi tylko o edukowanie bydgoskich dzieci i ich rodziców, co oczywiście jest ważne, ale też o stworzenie atrakcji turystycznej. Jeśli ma jednak powstać coś na miarę Exploseum czy Galerii Sportu, dajmy sobie spokój. Szkoda kasy. *** Granice między obciachem a sztuką bywają subtelne. Nie wiem, po której stronie stał ten pan. W Austrii ciągle jest szanowany. Falco - Viena Calling
wtorek, 17 kwietnia 2012
Bloger na wygnaniu, czyli zmiany, zmiany, zmiany...
Od wczoraj jestem służbowo w Warszawie. I będę prawie dwa tygodnie. Samą stolicą się specjalnie nie nacieszę - żyję tu według rytmu: ,,Gazeta'', mieszkanie służbowe, ,,Gazeta'', mieszkanie, ,,Gazeta''... Do Warszawy nie jeżdżę zbyt często, ale teraz ta podróż zrobiła się przyjemniejsza, bo krócej trwa - nieco ponad trzy i pół godziny. Pociąg TLK ,,Kaszub'' z Gdyni od Bydgoszczy nigdzie się nie zatrzymuje, w przedziale jechałem sam. Elegancja-Francja. Szkoda, że to tylko zmiana na czas remontu linii kolejowej po drugiej stronie Wisły. Później z pewnością się nie utrzyma, bo też frekwencja nie jest oszałamiająca. A podróżowałem w poniedziałek. Jak pewnie zauważyliście, na czas mojej nieobecności wypadła zmiana wyglądu strony bydgoszcz.gazeta.pl. Z założenia ma zmieścić więcej informacji. Jak Wam się podoba? Ta zmiana implikuje następną - moja facjata znalazła się w innym miejscu, nie widać też, czy opublikowałem nowy wpis. W stałych Czytelników wierzę, ale będę śledził statystyki. Jeśli znacząco spadnie liczba wizyt, cóż, nie będę miał wyjścia - założę Eintopfowi fejs wiecie gdzie. Wszystkie drogi tam teraz prowadzą... *** Stolica w deszczu, a tak mnie przywitała, szaro-bura taka. Piosenkę dobieram do okoliczności. Jacek Lech - Warszawa jest smutna bez Ciebie
czwartek, 12 kwietnia 2012
Jedzie ku lepszemu, czyli o nowych drogach rowerowych
Rzadko tutaj chwalę. Za rzadko. Dlatego z prawdziwą przyjemnością gratuluję ekipie Marynarza tegorocznego planu budowy ścieżek rowerowych. Doceniam nie tylko sam projekt, ale też dobrą wolę urzędników, którzy uwzględnili postulaty największych fachowców w tej dziedzinie, czyli samych rowerzystów. Od początku kadencji prezydent robił ukłony w stronę cyklistów, ale wychodziło różnie. Pierwotny harmonogram tworzenia dróg dla rowerów też był daleki od doskonałości. Sam nie zostawiłem na nim suchej nitki. Cieszę się, że ratusz się nie obraził. Że z tego fermentu i burzy mózgów z aktywnymi rowerzystami zrodziło się dzieło lepsze. Dlaczego tak chwalę tę koncepcję? Bo wreszcie drogowcy o ścieżkach rowerowych nie myślą tylko przy okazji realizowania nowych inwestycji. Bo poszczególne zamierzenia połączą się w większą całość. Widać to doskonale na Górnym Tarasie: najpierw Magnuszewska (z niej żabi skok do popularnego duktu przez las do Piecek), później Wojska Polskiego do Trasy Uniwersyteckiej, po jednej stronie nawet dalej - do Sokolej, a to nie koniec, bo prace prowadzone będą też na ul. Solskiego. Ze wspomnianej ul. Wojska Polskiego zaplanowano zjazdy Trasą Uniwersytecką i ul. Zdobywców Wału Pomorskiego (do ronda Toruńskiego, tu jest już ścieżka do centrum). Zespolone zostaną również poszatkowane fragmenty ul. Szubińskiej (od Pięknej aż do rogatek miasta, gdzie czeka gotowa fajna trasa do Białych Błot). Świetnym pomysłem jest też droga wzdłuż ul. Koronowskiej (od Czyżkówka do ul. Opławiec), bo po tej stronie Brdy rowerzyści albo musieli przedzierać się przez las, albo jechać ruchliwą szosą. Rozpisałem się, a to nie wszystkie inwestycje. W rezerwie pozostaje m.in. połączenie drogi nad Kanałem Bydgoskim z tą zbudowaną podczas tworzenia linii tramwajowej do dworca. Ten krótki odcinek ma dużą wagę - udowadnia, że urzędnicy naprawdę słuchają mieszkańców (środowisko rowerowe przedstawiało urwaną ścieżkę na Focha jako dowód niekompetencji drogowców w tej dziedzinie). Mam tylko wątpliwości co do dwóch zamierzeń. Uważam, że kontrapas na odcinku Gdańskiej to tylko marny ersatz, efekt zgniłego kompromisu (na własne oczy przekonam się, czy mam rację, bo będę go widział pod oknami redakcji). Nie do końca podoba mi się ładowanie milionów w leśny dukt między Myślęcinkiem a Fordonem, są ważniejsze potrzeby (choć tę inwestycję usprawiedliwia unijne dofinansowanie). Ale to tylko moja subiektywna opinia. Nie są to zresztą jakieś niewypały, absolutnie nie rzutują na ocenę całości. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach - ważne jest też z jaką starannością te drogi zostaną zbudowane. Skoro jednak drogowców już raz rowerzystów posłuchali, mam nadzieję, że nie puszczą mimo uszu uwag dotyczących jakości. W sumie za ok. 13 mln zł zyskamy ponad 20 km nowych dróg dla rowerów. Zważywszy, że teraz w kawałkach mamy ich jakieś pół setki, można mówić wręcz o małej rowerowej rewolucji. I o takie działania postuluję na tym blogu - wyznaczenie sobie jakichś priorytetów i konsekwentne dążenie do celu. Wszystkich zadowolić się nie da. Oby tej konsekwencji nie zabrakło w kolejnych latach rządów Marynarza. *** Killersi i Placebo zagrają na Coke Live. Oj, chyba znowu pojadę w sierpniu do Krakowa. Bardziej cieszą mnie te dwie kapele od dotychczasowej obsady Open'era. Briana Molko i jego ekipę grałem częściej, dlatego dzisiaj... The Killers - Somebody Told Me
środa, 11 kwietnia 2012
Sesja metropolitalna, czyli jak przekonać nieprzekonanych?
Cieszę się, że radni potrafili wznieść się ponad podziały i wespół z władzami Bydgoszczy jednym głosem mówić o metropolii. Głosem mocnym i zdecydowanym. Wściekam się przy tym, bo nawet takie gesty są kompletnie bagatelizowane przez zwolenników duopolu. Dzisiejsza sesja była ważna, bo pokazała, że potrafimy zjednoczyć się w ważnej sprawie. Jeszcze nie wszyscy, ale przykład idzie z góry. Dotąd wiele spraw przegrywaliśmy, bo nie umieliśmy być jak jedna pięść. Nie mam złudzeń, że teraz już tylko tak będzie. Ale doceniam to, co się stało. Nie ma w tej sytuacji co czepiać się szczegółów. Choć do jednego z radnych jak ulał pasuje przysłowie: ,,Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni''. Znacznie bardziej smutna jest postawa tych bydgoszczan, którzy nie wyobrażają sobie metropolii bez Torunia. Oczywiście trudno komukolwiek odmówić prawa do własnych poglądów. Problem w tym, że oni duopol przyjęli a priori i pozostają głusi na argumenty. Sami tych argumentów nie używają, bo zazwyczaj są mniej wyedukowani w tym temacie. Nie przekonują ich nawet twarde liczby pokazujące, że unijne pieniądze szerszym strumieniem płyną do sąsiadów. ,,A co to ma wspólnego z metropolią?'' - słyszę. Degradacja lotniska? ,,Sami jesteśmy sobie winni, przecież za Dombrowicza byliśmy jego gospodarzem''. Toruń nie współfinansuje metropolitalnej spalarni? ,,A była taka umowa na piśmie?''. Sami spełniamy prawie wszystkie kryteria metropolitalności. ,,Co to by była za metropolia z Nakłem czy Łabiszynem''. Dla nich ta sesja była bez wartości, bo zabrakło na niej przedstawicieli drugiej strony, nie było dyskusji. Ale jakoś nie przeszkadzało im, że ministra Bieńkowska przyjechała nad Brdę z góry przyjętą tezą, zamknięta na dialog. Czy tamto spotkanie z udziałem gości z Torunia przybliżyło nas choć trochę do jakiegoś porozumienia? Kiedy ktoś dyskutuje z liczbami, burzy się we mnie krew. Wściekam się, ciskam. Gdybym nauczył się w dzieciństwie przeklinać, rzucałbym mięsem. Z tej bezsilności... *** Lata 80. Zespół jednego przeboju. Ale za to prawdziwego hiciora. Dead Or Alive - You Spin Me Round (Like a Record)
wtorek, 10 kwietnia 2012
Diabelski młyn, czyli a nie mówiłem!
Hihihi... Część z Was pamięta być może mój wpis sprzed ponad roku o gigantycznym diabelskim młynie. Niektórzy pukali się w czoło, kiedy przekonywałem, że to świetny pomysł na promocję Bydgoszczy. Mam teraz satysfakcję, gdy dużo mniejsza budowla w sercu miasta budzi taką sensację. Któż by pomyślał, że wesołe miasteczko z 50-metrowym młyńskim kołem, które stanęło nad Brdą, wzbudzi tyle pozytywnych emocji. Wielu bydgoszczan - w tym osoby publiczne - jest z niego wręcz dumnych. Takie wrażenie można odnieść, śledząc zamieszczane fotki na fejsbuku. A to tylko objazdowy cyrk, który gościł już w innych polskich miastach. Przechodziłem ul. Mostową w świąteczny poniedziałek. Na Rybi Rynek i w jego okolice waliły tłumy. Dzisiaj też diabelski młyn pusty nie jeździł. Oczywiście mam świadomość, że na świetną frekwencję wpływa dość krótki czas stacjonowania u nas objazdowego lunaparku. Ale widać, że mieszkańcy są spragnieni tego typu uciech. I nadal utrzymuję, że dwa razy większe młyńskie koło byłoby atrakcją turystyczną. Dobrze wypromowane zachęcałoby do zatrzymania się nad Brdą osoby jadące krajową ,,piątką'' czy ,,dziesiątką''. Z lotu ptaka przyjezdni mogliby przekonać się, jaka Bydgoszcz jest duża. To skuteczniejsza metoda walki ze stereotypami niż jakieś billboardy w innych miastach. A jak efektownie podświetlone wielkie koło prezentowałoby się w nocy... To nie musi być diabelski młyn. Może być np. rollercoaster z prawdziwego zdarzenia. Ważne, by byłoby to Coś. Tylko potrzebujemy wizjonera-szaleńca, który potrafiłby taką ideę przedstawić i zaryzykować. Zwłaszcza teraz, w tych trudnych czasach, gdy każdą złotówkę ogląda się dwa razy przed wydaniem. Niestety, my wolimy - niekonsekwentnie - topić kasę w jakichś strategiach promocyjnych, z których i tak nic nie wyniknie. Co nam po kolejnym haśle typu ,,Bydgoszcz miastem sportu'' czy ,,Bydgoszcz miastem na wodzie''? Liczą się konkrety. *** W nocy z wczoraj na dzisiaj oglądałem dokument o Leonardzie Cohenie. Nie jestem takim jego fanem jak jeden z moich kolegów, ale też bardzo lubię i doceniam geniusz kanadyjskiego barda. Jeden z moich ulubionych utworów. ,,If you want a boxer, I will step into the ring for you...'' Leonard Cohen - I'm Your Man
sobota, 07 kwietnia 2012
Mamed u Kuby, czyli o prostych rzeczach
Nie wiem, czy moje słowa dobrze wpiszą się w czas. Ale jeśli ich nie zapiszę, umkną, jak wiele myśli ostatnio... - Ty naprawdę modlisz się pięć razy dziennie? - rzucił Kuba Wojewódzki do Mameda Chalidowa w tym swoim programie. - Kuba, ale to przecież nic trudnego - padła odpowiedź. Dla niezorientowanych - Chalidow to zawodnik MMA. Czeczen od lat mieszkający w Polsce, muzułmanin. Na oko - po prostu fajny gość. Tak sobie przypomniałem te słowa, gdy w Wielki Czwartek i Piątek w kościele nie widziałem tylu ludzi, ilu pamiętam z dzieciństwa. Wiem, cwaniakuję, bo miałem urlop. Gdybym pracował, mógłbym nie wyrwać się na godz. 18. Dlatego życzę i sobie, i Wam mniej zabiegania. Byśmy w tej gonitwie nie zapomnieli o sprawach najprostszych. Najważniejszych... *** Nieustająco życzę Wam też pogody ducha. Radosnych Świąt! Stanisław Soyka - Cud niepamięci
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Metropolia z oddali, czyli blamaż ministry Bieńkowskiej
Kiedy po powrocie ze Szczyrku tak czytam relacje i przede wszystkim komentarze po bydgosko-toruńskiej konferencji na temat metropolii, utwierdzam się w przekonaniu, że z tej mąki chleba nie będzie. Po co nam małżeństwo z rozsądku, w którym będziemy kłócić się o za słoną zupę? A rząd zamiast próbować jakoś rozwiązać ten węzeł gordyjski, tylko dolewa oliwy do ognia. Tydzień temu wyjątkową ignorancją wykazała się Elżbieta Bieńkowska, ministra rozwoju regionalnego. ,,Przyjechałam, by dowiedzieć się o co tak naprawdę w tym konflikcie bydgosko-toruńskim chodzi'' - rzuciła. Elementarna przyzwoitość nakazywałaby, by pani minister odrobiła zadanie domowe i dotarła na konferencję przygotowana. Mogłaby wtedy pokusić się o trzeźwe spojrzenie z zewnątrz np. na temat dzielenia pieniędzy przez Urząd Marszałkowski. Ale nie, ona ma klapki na oczach i ślepo brnie w duopol na zasadzie: ,,albo robicie metropolię razem, albo w ogóle'', tak to odbieram. A jeśli ,,w ogóle'', to co? Województwo kujawsko-pomorskie ma być Polską C? Jeśli taki Lublin może budować metropolię samodzielnie, dlaczego my nie mielibyśmy? BTW - Joanna Mucha wprowadzając słowo ,,ministra'' do powszechnego obiegu nie spodziewała się, że będzie miało raczej negatywny wydźwięk. Dla mnie np. ministra to niekompetentny minister płci żeńskiej. Gdybym o Bieńkowskiej myślał inaczej, po prostu użyłbym w tytule słowa ,,minister''. Wracając do metropolii - sytuacja jest moim zdaniem patowa. Z jednej strony my, bydgoszczanie czujemy się w tym województwie oszukiwani (jak czytałem, wreszcie politycy wyartykułowali to jednym głosem, brawo!) i nie chcemy powielić poprzedniego błędu. Z drugiej strony torunianie czują się równorzędnym partnerem, a ich dobre samopoczucie wzmacniają takie ministry Bieńkowskie. Absolutnie nie zamierzają się przy tym zmierzyć z naszymi argumentami, dyskusję sprowadzają do poziomu drwin i paszkwili. Przykre, że musimy marnować energię na dysputę o na razie wirtualnym bycie. Jestem przekonany, że w najbliższych latach wizja znaczenia czy finansowania metropolii wielokrotnie się zmieni. Kiedy my kopiemy się po kostkach, w takim Lublinie nie muszą się takimi problemami przejmować. Mogą pozwolić rzece płynąć... I jeszcze jedno - być może się mylę, ale za małą uwagę przywiązujemy do kluczowej kwestii, czyli pieniędzy. Dużo bowiem zależy od tego, jak konfitury będą dzielone. Jeśli miałoby się to odbywać na dotychczasowych zasadach ,,unijnych'', lepiej mieć silnego partnera, by razem uzbierać wkład własny (osobną kwestią jest, czy zadłużony po uszy Toruń jest takim właśnie partnerem i czy udałoby się zdefiniować wspólne cele do sfinansowania). Gdyby jednak stolica metropolii miałaby po prostu dostawać dotację i sama ją dzielić na najważniejsze zadania, powinniśmy bezwzglednie polegać tylko na sobie. W innym przypadku mogłoby się okazać, że priorytetem dla bydgosko-toruńskiego duopolu jest np. drugie lotnisko, wiadomo gdzie. O Kolei Dużych Prędkości czy innych zdobyczach cywilizacyjnych moglibyśmy tylko pomarzyć. *** Nowy kwartał, więc czas na Doorsów. Z drugiego albumu. The Doors - People Are Strange
wtorek, 27 marca 2012
Pozdrowienia ze Szczyrku, czyli trzymajcie kciuki
Wyjechałem na krótki wiosenny urlop, a ściślej na mistrzostwa Polski dziennikarzy w koszykówce. ,,Urlop'' to trochę na wyrost powiedziane, czeka nas ciężka orka - najprawdopodobniej pięć meczów w trzy dni. A do tego jeszcze imprezy towarzyszące ;-) Trzymajcie kciuki. Szczyrku raczej nie podbijemy, ale wierzę w przyzwoity występ. Na Wasze ważne komentarze do ważnych ostatnich wpisów odpowiem po powrocie. Będę jeszcze na urlopie, ale już w domu. *** Nie pamiętam, czy był ten utwór, ale ma pozytywną energię. Green Day - Holiday
niedziela, 25 marca 2012
O metropolii po raz enty, czyli bez lidera utoniemy
O problemie metropolii pisałem nie raz, nie dwa, zarówno tutaj, jak i na łamach ,,Gazety''. Sytuacja jest jednak dynamiczna, więc wracam do tematu. Przyczynkiem niech będzie konferencja współorganizowana przez ,,bydgoskiego'' senatora Andrzeja Kobiaka. Drugim organizatorem spotkania jest wicemarszałek Senatu, torunianin Jan Wyrowiński. Przyznam, że dla mnie - bydgoszczanina z krwi i kości - to policzek. To jak wpuszczenie lisa do kurnika. Przypomnę, że to m.in. Wyrowińskiemu zawdzięczamy obecny chory kształt województwa kujawsko-pomorskiego, którego efektem jest degrengolada naszego miasta. Bydgoszcz jako największy ośrodek tego regionu powinna być wzmacniana, taka była idea reformy administracyjnej, temu - jak rozumiem - ma służyć tworzenie metropolii. Z większą od Torunia Częstochową jakoś nikt się nie cackał - jest miastem powiatowym w województwie śląskim. Ale nie rozdrapujmy starych ran. Przypominam o nich dlatego, byśmy uczyli się na błędach. O tym, że wtedy błąd popełniliśmy nikogo przekonywać chyba nie trzeba. Eh, gdyby Urząd Marszałkowski mieściłby się w Bydgoszczy... Dlatego wszyscy bydgoscy politycy powinni stanąć przed lustrem i zrobić rachunek sumienia w sprawie metropolii. Poukładać w głowie fakty, odpowiedzieć sobie na kilka pytań i zacząć działać. Działać w interesie wyborców, nie partii. Zasadnicze pytanie brzmi, czy idea Metropolii Bydgoskiej, w której to my sami rozdajemy karty, jest już na pewno przegrana? Jeśli realnie jesteśmy skazani na narzucany z góry duopol bydgosko-toruński, następnego pytania nie ma - trzeba walczyć ze wszystkich sił, by Bydgoszcz była ośrodkiem decyzyjnym w tym tworze. Nawet jeśli dzisiaj nie wiadomo, co w praktyce miałoby to oznaczać, musimy dmuchać na zimne. W tym kontekście kompletnie nie rozumiem sensu organizowania konferencji na temat metropolii bydgosko-toruńskiej. Przyjeżdża na nią minister rozwoju regionalnego i podsekretarz stanu w ministerstwie cyfryzacji, zaproszeni są wszyscy święci z regionu: marszałek, wojewoda, prezydenci Bydgoszczy i Torunia, itd. Tylko po co? Przecież nie przekonają przeciwników duopolu bez jednoznacznego określenia wiodącej roli w nim naszego miasta. Gdyby taka jasna deklaracja padła, to OK. Ale przecież nie padnie. Jeśli dobrze rozumiem wypowiedzi Kobiaka, myśli tak: ,,Tylko współpraca z Toruniem jest dla nas szansą. Jeśli nie pokażemy tego centrali, zostaniemy z niczym''. Nie odbieram mu prawa do takiego myślenia (jeśli ma stuprocentową pewność, że brak porozumienia oznacza wykreślenie Bydgoszczy z listy metropolii), ale jako przedstawiciel bydgoszczan inaczej powinien położyć akcenty. Niestety, takich ,,Kobiaków'' na naszej scenie politycznej mamy więcej. Powiem jeszcze inaczej - nie mamy nikogo, kto reprezentowałby nasze interesy. Najbardziej charyzmatyczny w Platformie minister Radosław Sikorski kiedy pada hasło ,,metropolia'', myśli raczej Nowy Jork, Paryż czy teraz Damaszek. Co zrobiła od czasu wyborów posłanka Teresa Piotrowska? Rozumiem, że nie chce znowu pleść takich bzdur jak o S5, ale przecież mogłaby się do tematu wcześniej przygotować. Pawła Olszewskiego przemilczę... Jasną postacią na tym tle jest poseł Krzysztof Brejza, ale on - co zrozumiałe - walczy o interes bliskiego jego sercu Inowrocławia. Na opozycję też nie ma co liczyć. Posłowie prawicy wolą zbijać kapitalik polityczny na demonstracjach w obronie Telewizji Trwam, niż zająć się naprawdę ważnymi sprawami. SLD nie ma już doniosłego głosu, a parlamentarzysty Ruchu Palikota tak jakby w ogóle nie było, co było do przewidzenia. Dobrze, że chociaż młodzieżówki tych ugrupowań rozumieją wagę problemu. Teoretycznie naszym liderem w tej sprawie powinien być Marynarz. W końcu bydgoski prezydent musi skupiać bydgoszczan wokół probydgoskich idei. Podczas kampanii i na początku kadencji udzielił kilku krwistych wypowiedzi, ale z czasem popadł w bezbarwność. Postawa w sprawie spalarni znacznie obniżyła jego notowania - wystarczy przeczytać komentarze na forum ,,Gazety'', dawno żaden temat nie wywołał takiej fali krytyki. Niestety, takiej roli wiodącej nie odegra też Stowarzyszenie Metropolia Bydgoska. Dobrze, że jest, że walczy o bydgoską tożsamość, ale nie potrafi przekonać tych bydgoszczan, którzy są orędownikami bliskiej współpracy z Toruniem. Przykład: ktoś z Was wkleił w jednym z komentarzu link do wywiadu z Piotrem Cyprysem w ,,Gazecie Pomorskiej'', pada tam stwierdzenie, że więcej ludzi dojeżdża do pracy do Bydgoszczy z Szubina i Nakła, niż z Torunia. Sorry, a co z ruchem w drugą stronę? Co ze studentami? Patrzmy realnie - przeciętny bydgoszczanin prędzej znajdzie powód, by raz na jakiś czas wybrać się do Torunia (jak ja ostatnio na koncert Myslovitz), niż do mniejszy miejscowości. Takie ,,argumenty'' to woda na młyn dla tych, których ,,obraża metropolia z Łabiszynem, bo Toruń ma takie piękne zabytki''. Z takimi ludźmi trzeba rozmawiać konkretami: oni - autostrada i most przez Wisłę, my - daleko w polu z S5 i zapóźnione lotnisko, oni - Centrum Sztuki Współczesnej, my - spalarnia, etc. Problem naszych ,,elit'' jest zresztą szerszy. Po prostu nie możemy mieć do nich krzty zaufania. Nie dają powodów, by wierzyć, że działają dla naszego dobra, a nie w interesie swoim i swoich partii. Dotychczasowe doświadczenia ,,metropolitalne'' naprawdę nie napawają optymizmem. Świeży przykład mamy ze spalarnią, w którym jeden z partnerów żeruje na drugim. I trud, i ryzyko tego przedsięwzięcia zostały zrzucone na barki Bydgoszczy. Toruń nie poczuł się nawet do poręczenia proporcjonalnej części pożyczki. Inny przykład to BiT City. Pisałem już o tym, ze ten projekt to wielka ściema - tak naprawdę projekty są trzy: tramwaj do Fordonu, inwestycje komunikacyjne w Toruniu i modernizacja linii kolejowej między dwoma miastami (na której skorzystają też miejscowości leżące przy tej trasie). Coś wspólnego z tworzeniem aglomeracji ma tylko ostatnie z tych przedsięwzięć. Świetnym przykładem jest komentowany niedawno koszmarny filmik reklamowy BiT City. Nie promował całej idei, tylko toruńską jej część, Bydgoszcz znalazła się jednak w tle. Niektórzy bydgoszczanie nie zauważyli, że powstał na zlecenie Urzędu Miasta w Toruniu. Dlatego wkurzył ich - co zrozumiałe - fragment o remoncie dworców, bo największa stacja w regionie - Bydgoszcz Główna nie może się go doczekać. To chore. *** Dawno nie grałem zespołu stąd. Nawet nie wiem, czy ten bydgoski duet jeszcze istnieje. Z albumu ,,Kingdom of Patience'' najbardziej lubię utwór ,,Poker'', ale nie mogę go znaleźć w internecie. Margareds' - Star And Sky Niskie ciśnienie, czyli zapraszam na wodę ognistą
Kulą w płot trafił Marynarz, zachwalając na ostatniej sesji świetne ciśnienie wody w bydgoskich kranach. Nie wszędzie jest tak pięknie. Jeśli nie wierzy, zapraszam w moje skromne progi po północy, mogę nawet postawić wodę ognistą. Nie mieszkam na jakimś wygwizdowie, a na Błoniu i to dość blisko centrum miasta. Nie jest to też problem jednostkowy, bo dotyczy jakichś stu rodzin, czyli kilkuset osób. W czym ten problem? Otóż od około dwóch lat około północy ciśnienie w naszych kranach spada tak bardzo, że trudno umyć naczynia czy spłukać szampon z włosów. Kłopotów jest więcej - na ostatnim zebraniu wspólnoty mieszkaniowej ludzie opowiadali, że zakręcają na noc wodę w ubikacji, bo kapie (nie jestem dobry w techniczne klocki, ale podobno zawory źle znoszą ten spadek ciśnienia). Zarząd wspólnoty oczywiście interweniował w Miejskich Wodociągach i Kanalizacji, i to nie raz. Bez efektu. Na wspomnianym zebraniu pokazano nam wykres z wybranego dnia, który przysłali wodociągowcy. Przypominał EKG. O północy kreska gwałtownie spadała i utrzymywała się na tym poziomie do jakiejś czwartej. Sęk w tym, że to ponoć dolna granica dopuszczalnego poziomu i Wodociągi umywają ręce. ,,Zbudujcie sobie hydrofornię'' - proponują. Wkurzające, nieprawdaż? Obciążenie wspólnoty takim wydatkiem można byłoby od biedy zrozumieć, gdyby od początku teren inwestycji był skażony jakąś wadą. Ale bloki mają prawie 10 lat, sam mieszkam tu od lat kilka i pamiętam noce z normalnym ciśnieniem w kranach. A mogę coś o tym powiedzieć, bo prowadzę nocny tryb życia. Teraz stracimy jako wspólnota kilkaset złotych, by zlecić badanie ciśnienia w dłuższym okresie czasu (Wodociągi mogły wybrać najbardziej korzystny dla siebie dzień). A wystarczyłoby, żeby jakiś urzędnik przyszedł o północy i zobaczył, że mieszkańcy mają rację. Za taką cenę wody, jaką płacimy, takie potraktowanie klienta nie powinno być żadną łaską. *** Ostatnio znowu dość regularnie słucham listy przebojów Trójki, przynajmniej pierwszej dziesiątki. To już nie te czasy, gdy zapisywałem notowania, ale jednak dość wierny jestem. No to miejsce ósme z wczoraj. Ładne. Birdy - People Help The People
czwartek, 22 marca 2012
Ogłoszenie Wodociągów, czyli o manipulowaniu liczbami
Wodociągi dały ogłoszenie do prasy, by udowodnić, że woda w Bydgoszczy ,,nie jest najdroższa'' w Polsce. Ano nie jest, za to opublikowane zestawienie jest świetnym przykładem manipulowania liczbami. Prezydent powinien wziąć na dywanik prezesa Stanisława Drzewieckiego i zbesztać za bezsensowne wydawanie pieniędzy na anonse, tymczasem - o zgrozo - sam się na te dane powołał na sesji. Widać, chce nasze miasto sprowadzić do poziomu Białogardu, Suszca czy Mysłakowic, bo te gminy przewodzą w niechlubnym rankingu. A ja, o święta naiwności, myślałem, że powinniśmy równać przynajmniej do podobnych nam ośrodków. Ogłoszenie ukazało się w ,,Gazecie Pomorskiej'', ale to bez znaczenia - gdyby Miejskie Wodociągi i Kanalizacja zamieściły je w mojej gazecie, też bym nie zostawił na nich suchej nitki. Szczerze mówiąc, nawet go nie zauważyłem, sam Marynarz podsunął mi trop swoją bezsensowną dygresją na sesji. Ale do brzegu... Wodociągi skorzystały z jednego z kilku zestawień opublikowanych na stronie www.cena-wody.pl. Oczywiście, wybrały tabelkę najbardziej korzystną dla siebie - dane zbiorcze, w którym jesteśmy teraz na 68 miejscu wsród 251 miejscowości. Niby nie tak źle. Ale przyjrzyjmy się, kto nas w wyprzedza: w większości miasta dużo mniejsze położone w województwie śląskim albo na innych terenach zdegradowanych przez przemysł. Wspomniany serwis pozwala nam prześledzić dane w określonych grupach miejscowości. I tak: w miastach powyżej 50 tys. mieszkańców ,,awansowaliśmy'' na 22 pozycję, powyżej 100 tys. - jesteśmy na dziesiątym miejscu (przed nami tylko region śląski), powyżej 200 tys. - wskakujemy na najniższy stopień podium, za Katowicami i Sosnowcem. Wśród 18 stolic województw plasujemy się tylko za Katowicami. Można też przeanalizować wysokości opłat w 49 miastach wojewódzkich sprzed ostatniego podziału administracyjnego - tu zajmujemy ,,zaszczytną'' piątą lokatę. Umówmy się - różowo nie jest. Tylko o tym wszystkim Wodociągi nie poinformowały bydgoszczan, bo fakty nie pasowały do przyjętej tezy. Zgoda, mówienie, że mamy najdroższą wodę i ścieki jest uproszczeniem, ale tanio nie mamy. Co więcej, wysoki poziom taryf utrzymuje się u nas od lat. I to jest realny problem, bo wpływa na jakość życia nad Brdą. W tej sytuacji Marynarz powinien wezwać prezesa MWiK i uderzyć pięścią w stół: ,,Staszek, widzę, że nie masz nic do roboty, skoro bawisz się w taką propagandę''. Co więcej, Drzewiecki powinien za to ogłoszenie zapłacić z własnej kieszeni. Ale u nas nie - wysoko umocowany pan prezes jest nie do ruszenia, nowa władza tylko go głaszcze. Od lat karmi się nas informacjami, że inne miasta kiedyś też będą miały drogą wodę, bo muszą dostosować się do unijnych dyrektyw. Sęk w tym, że jeśli w takim Białymstoku przez X lat taryfy są niższe o kilka złotych niż u nas (teraz o 4,13 zł za metr sześcienny), to byśmy wyszli na zero, przez tyle samo lat białostocczanie musieliby płacić o te kilka złotych więcej od nas. Czy tak się stanie? Powątpiewam. Gdyby kary stały się faktem, inwestycje wodno-kanalizacyjne w innych miastach ruszyłyby z kopyta. Pewnie włączyłby się w to rząd, bo z powodu astronomicznych cen wody ludzie wyszliby na ulice. Przyznaję, że ostatnie zdania to moje przypuszczenia. Ale tu jest pole do popisu dla fachowców z Wodociągów. Zostawmy Białystok, weźmy sąsiedni Toruń, w którym obecnie opłaty są niższe o 3 zł. Chciałbym wiedzieć, czy spełnia już normy. Jeśli nie, jak dużych nakładów inwestycyjnych jeszcze potrzebuje. Jak te inwestycje odbiją się na taryfach. Ile torunianie zapłacą za metr sześcienny wody i ścieków powiedzmy w 2015 r. Takie szacunku pokazałyby nam, czy bydgoski system wodno-kanalizacyjny rzeczywiście jest takim skarbem, jak co chwilę słyszymy. I tego typu analiz domagam się głośno od Marynarza od początku kadencji. Jako człowiek, który jest z liczbami za pan brat na takich zestawieniach powinien bazować, oceniając pracę prezesa Drzewieckiego. Dlaczego zadowala się więc jakąś prostą tabelką? Doprawdy dziwne to... I na koniec - nie neguję jakości wody w Bydgoszczy. Ale akurat ja do działania Wodociągów mogę mieć konkretne zastrzeżenia Dlatego zastrzelił mnie Marynarz na sesji, mówiąc m.in. o znakomitym ciśnieniu wody w kranach. To był klasyczny strzał kulą w płot. Wspólnota mieszkaniowa, do której należę (w sumie to kilkaset osób), walczy o odpowiednie ciśnienie od bodaj dwóch lat. Ale o tym w następnym wpisie... *** Zostaniemy w jarocińskich klimatach, choć - o ile się nie mylę - ta formacja w Jarocinie chyba nigdy nie wystąpiła. Kryzys - Mam dość
środa, 21 marca 2012
O społeczeństwie nieobywatelskim, czyli chce mi się wyć
Odkąd piszę tego bloga, jestem bardziej świadomym obywatelem. Dużo bardziej wnikliwie obserwuję wydarzenia w moim ukochanym mieście, czytam dokumenty, analizuję. Tylko po co to wszystko? Po co te moje godziny poświęcone na pisanie, po co zarwane noce, po co nerwy, gdy z bezsilności zaciskają się pięści... Tacy świadomi obywatele nie są władzy do niczego potrzebni. To znaczy są - przed wyborami, gdy akurat przez przypadek myślą tak jak trzeba. Mam przy tym świadomość, że gdy powinie mi się noga, to miasto kopnie mnie w tyłek... Jestem pełen gorzkich refleksji po dzisiejszej sesji na temat spalarni. I nie chodzi nawet o jej wynik. Demokratycznie wybrana rada ma prawo podejmować demokratyczne decyzje i muszę je uszanować. Chodzi mi o sposób dysputy i podejście do najważniejszej inwestycji w mieście. Jeśli największy klub w radzie, czyli Platforma nie zniża się do zabrania głosu w tak ważnej sprawie, to o czym my gadamy. To znaczy zabrał głos Zegarski Maciej, ale tylko po to by wypomnieć radnym PiS głosowania za spalarnią. Rozumiecie - cała energia Zegarskiego Macieja przed sesją została spożytkowana na wyszukanie jakichś głosowań. Oczywiście Zegarski Maciej przypadkiem przemilczał głosowanie najważniejsze, bez którego nie byłoby całej tej awantury - porozumienia z Toruniem w sprawie spalarni. Przemilczał, bo ta umowa przeszła głosami miłośników Konstantego Dombrowicza i PO. Akurat Zegarski był wtedy nieobecny, ale paru jego kolegów z lizusem Michałem Sztyblem na czele zasiada w radzie. To jest prawdziwa lista hańby! Mam ujawnić nazwiska? Zresztą, łatwo je znajdziecie w internecie. Albo świętoszek Grześkowiak Maciej. Najbliższy współpracownik Dombrowicza dzisiaj udaje niewiniątko - umywa ręce od wszystkich decyzji podejmowanych przez swojego pryncypała. Jeszcze w czwartek w rozmowie z dziennikarzem ,,Gazety'' mówił, że brak poręczenia pożyczki przez Toruń jest nie do zaakceptowania. A dzisiaj - inny człowiek, gorący zwolennik spalarni. Co się stało? Ano bodaj w poniedziałek klub Miasto dla Pokoleń spotkał się z Marynarzem. I jeszcze ta hipokryzja z graniem do bramki ,,Bydgoszcz''... A już w ogóle nie rozumiem radnych z Kapuścisk. Kogo oni reprezentują? Przecież dostali jasny sygnał, że mieszkańcy tego osiedla tej spalarni nie chcą. Zwykła przyzwoitość nakazywałaby w tym przypadku choćby wstrzymać się od głosu. Marynarz w tej debacie kompletnie zawiódł. Nie zachowywał się jak prezydent wszystkich bydgoszczan. W sprawie umowy z Toruniem okazał się mocny tylko w gębie. Do tego po co podczas tak ważnej debaty dygresja o cenie wody (BTW - o przywołanym przez prezydenta skandalicznym ogłoszeniu Wodociągów następny wpis). Chichotem historii jest, że interesu mieszkańców w tej sprawie zgodnie bronili przedstawiciele PiS i Jacek Bukowski z SLD, niegdyś śmiertelny wróg prawicy, teraz po prostu rzetelny radny. A już ów chichot zamieniłby się w spazmatyczny śmiech, gdyby mężem opatrznościowym przeciwników spalarni okazał się skompromitowany Grzegorz Gruszka (a tak mogłoby być po jego zwycięstwie w wyborach na szefa Sojuszu). Puenta będzie zaskakująca - skoro już klamka zapadła, po stokroć życzę, by im się z tą spalarnią udało. Żebyśmy nie rozbili się na jednej z raf, które przed tą inwestycją. Bo jeśli się nie uda, tych 21 radnych jak zwykle nie poniesie żadnej politycznej odpowiedzialności, a mieszkańcy słono za to zapłacą. *** Na dzisiaj tylko punk. ,,Chcę być kęsem, który zatruje ten organizm...''. I tak jestem łagodny w wyborze utworu. Tytuł jak ulał pasuje do zachowania radnych PO. Dezerter - Nas nie ma
wtorek, 20 marca 2012
Bój to jest prawie ostatni, czyli kto sobie zrobił z gęby cholewy
Celowo w tytule nie użyłem słowa-klucza do tego wpisu. Bo mogłoby odstraszyć, a sprawa jest naprawdę ważna. Zresztą, to nie jest wpis o spalarni śmieci, ale o czymś jeszcze ważniejszym. O zasadach. Tytułowy bój rozegra się w środę na sesji. Radni wtedy zdecydują, czy Bydgoszcz poręczy pożyczkę na budowę spalarni. Czy sama poręczy, bo Toruń nie dołoży do tego nawet koniuszka palca. Żeby nie było wątpliwości, wypowiedź prezydenta sąsiadów Michała Zaleskiego na ten temat z ,,Gazety Wyborczej'': ,,Nikt do nas w tej sprawie nie występował. Prowadzone są rozmowy na temat porozumień międzygminnych dotyczących funkcjonowania spalarni, natomiast nie ma tam słowa o partycypacji w poręczeniu kredytu. Poza tym jestem zaskoczony, że ożywa dyskusja na temat sensu wspólnego przedsięwzięcia Bydgoszczy i Torunia.''. Zmroziła mnie te słowa. Zmroziły nie dlatego, że torunianie dają do zrozumienia bezcelowość dyskusji o haniebnej umowie w sprawie śmieci. Byliby głupi, gdyby teraz tak łatwo poszli na ustępstwa (chyba, że ktoś zaszantażowałby ich w stylu: ,,zgódźcie się, a dostaniecie kasę z centrali na...''). Bardziej zaskoczyło mnie pierwsze zdanie. Jeśli Zaleski nie blefuje (przepraszam za to podejrzenie, ale brak kontaktu naszego ratusza z toruńskim magistratem wydaje się aż nieprawdopodobny), oznacza bowiem, że Marynarz nie wypełnił woli radnych, w tym ufających mu bezgranicznie radnych PO. Fakty są takie: na sesji styczniowej rada miasta zobowiązała prezydenta do renegocjacji umowy z Toruniem. Poręczenie pożyczki przez obu partnerów byłoby wypełnieniem tej woli. Ale nasz partner do brydża zasiadł. Ba, nie został zaproszony. Żeby nie było, że nie jestem obiektywny: przyswajam argumenty wiceprezydent Grażyny Ciemniek, że ProNatura pożyczkę bez problemu spłaci (ściślej - my spłacimy w opłatach za śmieci), że włączenie Torunia w procedurę poręczenia wydłuży cały proces, a my już mamy opóźnienie. Tylko w związku z tym mam dwa proste pytania: ,,Po co więc było to całe gadanie o renegocjacji?'', ,,Co jeśli nie zdążymy uruchomić spalarni na czas i trzeba będzie oddać pieniądze Unii?''. Cieniutki wydaje mi się argument wysuwany i przez wiceprezydent Ciemniak, i przez posła Pawła Olszewskiego, i przez skarbnika miasta Piotra Tomaszewskiego, że stracimy ponad 300 mln zł, które na spalarnię daje nam Unia. Zapominają, że drugie tyle sami musimy wyłożyć (ściślej - nie liczą się z tym, że to my wyłożymy w opłatach za śmieci). Załóżmy, że ktoś ofiarowałby nam podobną kwotę na operę, jeszcze lepszą i nowocześniejszą od tej, którą mamy. Musielibyśmy tylko dołożyć tyle samo. Racjonalnie odrzucilibyśmy tę ofertę. Czy wtedy też można by powiedzieć, że straciliśmy 300 baniek? Jutrzejsza sesja zapowiada się interesująco. Choć po wyborze Jana ,,mam ciepłą posadkę" Szopińskiego na szefa SLD, wynik głosowania jest chyba przesądzony. Ciekawe jednak, jak zachowają się ci radni koalicji, którzy byli za powtórnymi negocjacjami z Toruniem. Poręczenie pożyczki tylko przez Bydgoszcz to działanie wbrew ich woli. Jeśli teraz podniosą ręce ,,za'', znaczy mogą sobie wytatuować gdzie tylko chcą napis: ,,jestem bierną maszynką do głosowania''. Inną sprawą jest, czy ratusz ma plan B, jeśli rajcy w demokratyczny sposób nie zgodzą się na to poręczenie... *** Mój serdeczny kamrat ma jutro operację. Ten utwór dla niego, nie pytajcie, dlaczego taki zaskakujący. Będzie git, brachu! Waldemar Kazanecki - Walc Barbary
niedziela, 18 marca 2012
O koncertach, czyli szacunek dla Estrady
Indios Bravos, Strachy Na Lachy, Blade Loki, Zabili Mi Żółwia, Happysad, Łona i Webber, Voo Voo - to zestaw mniej lub bardziej popularnych artystów, którzy w marcu wystąpili bądź dopiero wystąpią w bydgoskiej Estradzie. A dodać do tego trzeba parę mniej znanych kapel i mnóstwo imprez, w tym afterparty po głośnym metalowym koncercie w sąsiedniej Astorii. Przypominam - to tylko marcowe propozycje. Czas może nie sprzyja zabawie, sam raczej w Wielkim Poście się wyciszam, ale przecież inni nie muszą podzielać tego poglądu na życie. Poza tym już dawno przymierzałem się do tego peanu. Obiektywnie potrafię ocenić, że oferta Estrady budzi szacunek. Nie ma drugiego takiego klubu w Bydgoszczy, który organizowałby tyle koncertów. Jest jeszcze Mózg, ten jednak podąża trochę inną artystyczną drogą. Latem taką funkcję pełniło też miasto, ale złote czasy dla muzyków chyba się skończyły, o czym niebawem napiszę, bo to osobny temat... W innych miastach podobną rolę odrywają kluby studenckie albo z tym środowiskiem związane. W Bydgoszczy studenci bawią się gdzie indziej. *** Dotrzymuję obietnicy. Z urodzinowymi życzeniami. Beirut - Elephant Gun
sobota, 17 marca 2012
Dołóż się do ulicy, czyli o mydleniu oczu
Nie potępiam w czambuł pomysłu ratusza, by inwestycje na osiedlach realizować na zasadach partnerstwa publiczno-prywatnego. Nie wierzę jednak, że uda się w ten sposób rozwiązać problem uliczek osiedlowych. Ba, przypuszczam, że ich mieszkańcy na nim stracą. Przecież jeśli się nie dorzucą, mogą zapomnieć, że miasto samo ich kłopoty rozwiąże. Pachnie mi to więc ściemą. Swoje stanowisko na ten temat prezentowałem wielokrotnie i na blogu, i na łamach ,,Gazety''. I zdania nie zmieniam - w czasach tak intensywnego dofinansowywania samorządów przez Unię Europejską, nieracjoanalne jest wydawanie milionów na inwestycje, które tego dofinansowania nie rodzą. A tak jest z gruntówkami. Rozumiem, że w inicjatywie magistratu to mieszkańcy albo firmy mają ,,robić za Unię'', czyli uzupełniać wkład własny miasta. W czasach kryzysu brzmi to sensownie. Jestem przekonany, że wzorem Poznania znajdą się podmioty, które pójdą na taki układ. Głośno było np. ostatnio o blokach w Fordonie, do których nie prowadzi porządna droga. Teraz deweloper może mieć ją za połowę, a może nawet 25 proc. ceny, zależy, jaki poziom zaangażowania ratusza zostanie ustalony. Czysty zysk dla niego, a miasto będzie mogło się pochwalić sukcesem. Wiceprezydent Stefan Markowski już zresztą opowiada o dwóch firmach mieszczących się przy gruntówkach, które mają dość błota na drodze. Pytanie tylko, ilu ludzi oprócz tych zakładów na partnerstwie w tych konkretnie miejscach skorzysta. Jeśli niewielu, rodzi się pytanie następne: ,,czy takie wsparcie jakiegoś przedsiębiorcy to racjonalnie wydane pieniądze?''. Dla firm czy wspólnot mieszkaniowych (moją było stać na wybudowanie boisk do nogi i siatkówki plażowej, może teraz dostałaby na to wsparcie z gminnej kasy) to dobra wiadomość, gorzej z tymi, którzy od lat przy gruntówkach mieszkają. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że skorzystają z tej inicjatywy. Niech budowa ulicy, przy której stoi 20 domów kosztuje 2 mln zł. Załóżmy, że miasto wyłoży te 75 proc. Wychodzi po 25 tys. zł na rodzinę. Dużo. Nie wierzę, że wszyscy mieszkańcy zgodnie tyle wydadzą. I co wtedy: jedni na drugich mają patrzeć wilkiem? Z takiego punktu widzenia ten projekt to mydlenie oczu. Reasumując - dużo zależy od kryteriów przyznania pieniędzy. Głównym powinna być racjonalność. Nie chciałbym, by dla samej możliwości odtrąbienia sukcesu miasto finansowało rzeczy (nie tylko ulice wchodzą w grę), których normalnie samo by nie zbudowało. *** W kolejnym wpisie śpiewająca pani. Z ostatniego notowania listy przebojów Trójki. Tytuł trochę wbrew pogodzie za oknem. Kari Amirian - The Winter Is Back
poniedziałek, 12 marca 2012
O amputacji ręki, czyli kiedy zagłosuję na Olszewskiego
Tak się zastanawiam, czy szanownego posła Pawła Olszewskiego zaczyna świerzbić ręka. I nie mam na myśli znaczenia zbitki tych dwóch słów, ale dosłowne nieprzyjemne swędzenie dłoni. A swędzieć powinna, bo - przypominam - położył ją na szali, deklarując, że w 2015 r. pojedziemy drogą S5. Powinna, bo sprawy nie idą jak trzeba. Trzymam się ręki, choć przed ostatnimi wyborami Olszewski poszedł jeszcze dalej - mówił nawet o linczu. Powiedzmy, że mniejsza ofiara mi wystarczy. Powiem więcej - jeśli nasz złotousty poseł podda się zabiegowi amputacji, gdy trasa nie powstanie, zagłosuję na niego w wyborach. Niech sobie paraduje z czarną protezą po korytarzach sejmowych. Udowodniłby w ten bolesny sposób, że ma honor niczym japoński samuraj. Honorowym wyjściem byłoby też odejście od polityki. Ciekawe, co by przeważyło w jego przypadku - ręka czy kariera? Poruszam się po granicy nonsensu, ale sprawa jest poważna. I żałosna. Żałosne, że od tylu lat musimy upominać się o tę trasę i ciągle nie mamy gwarancji, że powstanie. Rozpisywanie się o kolejnych obsuwach w harmonogramie nie ma już sensu. Wracając jeszcze do Olszewskiego - nie wiem, czy słyszeliście jego wypowiedź w Polsacie po odejściu z PO Łukasza Gibały. Nazwał go karierowiczem, ,,wybitnym cynikiem o olbrzymiej ambicji, ale niewielkich umiejętności''. No, no, ideowiec się znalazł... Proponowałbym najpierw spojrzeć w lustro. *** Gdybym nie zamilkł w ubiegłym tygodniu, na Dzień Kobiet puściłby tę piosenkę. Może niezbyt radosną, ale kobiecą. A wokalistka ma diastemę, może nie taką jak ja, ale zawsze to powód do sympatii. Madonna - You'll See
wtorek, 06 marca 2012
O drogowcach, czyli zmiana mentalności czy przykrycie nieudolności?
Dwojako można spojrzeć na to, co ostatnio dzieje się w Zarządzie Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej i na podejście ratusza do tejże instytucji. Z jednej strony widać zmianę sposobu myślenia, z drugiej - powtarzające się błędy. Fakt pierwszy: kilka miesięcy temu drogowcy przedstawili plan budowy ścieżek rowerowych w tym roku, plan beznadziejny; po konsultacji z rowerzystami poprawili go i trzeba przyznać, że nowe rozwiązania są o niebo lepsze. Podobnie rzecz miała się z zaplanowanymi na początek kwietnia cięciami w komunikacji: na pierwszej wersji nie zostawiono suchej nitki, więc została zmodyfikowana; poprawka nie rozwiązała wszystkich problemów i do akcji wkroczył ratusz - nakazał, by ,,spece'' od dróg konsultowali swoje zamierzenia z mieszkańcami. Optymista z tych działań wyciągnąłby taki wniosek: no, wreszcie władza chce słuchać obywatela. Dodałby do tego skuteczną jesienną akcję naprawy nawierzchni na niektórych ulicach, wspomniałby lepszych niż dawniej informację na przystankach podczas objazdów. Czyli za Bruskiego jest lepiej. Pesymista spojrzałby na to tak: ścieżki rowerowe - klapa, cięcia w komunikacji - znowu klops. Nie omieszkałby przypomnieć, jak fatalnie skończyła się próba koordynacji robót przez inżyniera miasta, dołożyłby beznadziejną organizację ruchu po zrewitalizowaniu ul. Dworcowej. Czyli jest tak źle jak za Dombrowicza. Ja jednak jestem w tej drugiej grupie. Po prostu oczekuję od urzędników kompetencji, a od tych wyższego szczebla - ponadprzeciętnej inteligencji. Jeśli któryś z drogowców dostał niewdzięczne zadanie dostosowania komunikacji miejskiej do możliwości finansowych firmy, powinien stworzyć projekt optymalny, jak najmniej bolesny dla pasażerów. Przecież to wydaje się dziecinnie proste: jeżeli likwiduję autobusy nr 72 po godzinach szczytu, muszę sprawdzić, jakie to niesie konsekwencje, pamiętając, że ta linia jest w systemie A+T. Chciałbym, by specjalista od sygnalizacji świetlnych proponował takie rozwiązania, że biłbym z podziwu brawa. Żeby człowiek układający rozkłady jazdy olśnił mnie skoordynowaniem kursów. A tak nie jest. *** Piosenka z reklamy, ale zacna. A pani jest Belgijką. Selah Sue - This World
wtorek, 28 lutego 2012
666 urodziny, czyli do diabła z polityczną poprawnością
Jestem zażenowany zamieszaniem wokół koncertu Behemotha, Vadera i Decapitated w Bydgoszczy. Znowu zrobiliśmy sobie kiepską reklamę. Nie jestem jakimś wielkim fanem tych kapel, ale doceniam, że w swojej kategorii odniosły sukces daleko wykraczający poza polskie granice. One naprawdę nie potrzebują do szczęścia naszego miasta, to my mogliśmy skorzystać na ich wspólnym koncercie, jak czytam - pierwszym takim od lat. Tego typu impreza po prostu przyciąga fanów z całej Polski. Przyznam, że bardziej wywołuje u mnie politowanie niż wkurza podarcie Biblii przez Nergala. Tani gest, na który mógł sobie pozwolić w wolnym kraju, w jakim m.in. dzięki Kościołowi możemy żyć. Nagłośnienie incydentu tylko przysporzyło zespołowi popularności. Bez tego całego medialnego zgiełku podniecaliby się nim tylko najzagorzalsi fani. Gdyby lider Behemotha spalił Koran na koncercie w Teheranie, sam pomyślałbym: ,,Przekozak!''. Dużo bardziej wkurza mnie hipokryzja. Bydgoszcz będzie miała w tym roku 666 urodziny, nie zmienimy tego. Wiadomo, że to liczba symboliczna. I trzeba to wykorzystać, a nie udawać, że taki metalowy koncert to czysty przypadek. Po co to krygowanie się? Mój kolega z redakcji w ubiegłym roku rzucił pomysł: ,,Koncert Iron Maiden na 666-lecie miasta to byłoby coś''. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Takie wydarzenie odbiłoby się szerokim echem, akurat na ten zespół przyjechaliby goście z całej Polski. Pokazalibyśmy, że mamy dystans do siebie. Może nawet dostalibyśmy zniżkę od Ironów za diabelski pomysł? ;-) Wizerunkowo byłaby to świetna promocja. Byłaby, gdyby ktoś wcześniej o tym pomyślał, teraz jest już za późno... Bo żeby taką imprezę zorganizować, trzeba być człowiekiem z wizją, mieć - za przeproszeniem - jaja. Nie wystarczy podczas kampanii wyborczej puścić AC/DC albo chwalić się, jak to w młodości grało się na jakimś instrumencie. Trzeba wzbić się ponad polityczną poprawność, mieć gdzieś krucjatę posła Kosmy Złotowskiego, którą z pewnością by rozpętał. Piszę te słowa, nie wiedząc, jak rozstrzygnie się sprawa tego nieszczęsnego metalowego koncertu. To bez znaczenia. Mleko już się wylało, zła fama poszła w świat. Ratusz powinien przewidzieć, że tak to się skończy i wpłynąć, by zespoły mogły wystąpić w Astorii, tak jak to pierwotnie planowano. Nie byłoby zamieszania z Broadwayem i niepotrzebnych niedomówień. Przecież metalowcy nie odprawią czarnej mszy na Starym Rynku, nie będą też wyłupiać oczu kotom biegającym po ulicach. Więcej zakamuflowanego zła dzieje się podczas niejednej dyskoteki. Plenerowe koncerty ze skoczną muzyką miasto nawet dofinansowuje, a ich uczestnicy nie piją oranżady, po krzakach nie szukają jagód. I żeby było jasne - jestem praktykującym katolikiem. Mam jednak świadomość, że obok mnie żyją ludzie innych wyznań czy orientacji. Dopóki nie robią nikomu krzywdy, niech sobie żyją. Brakiem tolerancji nikogo nie da się nawrócić. *** Trochę przekornie. W swoim gatunku - świetne. Vader - Sword Of The Witcher
poniedziałek, 27 lutego 2012
Wizyta za miedzą, czyli kilka pozytywnych spostrzeżeń
Podobno zbyt krytyczny jestem, napiszę więc coś dobrego. I to o naszych ,,przyjaciołach'' Krzyżakach. To już podwójna perwersja. Dawno w Toruniu nie byłem. Teraz pojechałem specjalnie na koncert Myslovitz. Od Nowa prawie w ogóle się nie zmieniła, tak jakby czas zatrzymał się 20 lat temu. Ale miało być o pozytywach, zresztą, obok coś budują, chyba klub się rozrośnie. Pierwszy plus to bilet aglomeracyjny. Za 10 zł mogłem pojechać pociągiem i jeszcze przez godzinę autobusami w Toruniu, nie musiałem wybierać bezpośredniej linii spod dworca, przesiadłem się w ,,15''. Studenci płacą tylko 5 zł, czyli to już w ogóle taniocha. Inną fajną rzeczą są zegary przy sygnalizatorach odmierzające czas oczekiwania na czerwonym świetle dla jednych i sekundy do końca zielonego dla drugich. Pierwszy raz takie rozwiązanie zobaczyłem w Indiach i od razu mi się spodobało. Rozmawiałem o nim później z naszymi drogowcami jeszcze za czasów rzecznika Bogumiła Grenza, czyli dość dawno temu. Tylko nie wiem, czy te wyświetlacze mają miejsce na trzy cyfry. Bo tyle, niestety, potrzeba do odmierzania sekund choćby na rondzie Fordońskim albo dla pieszych u zbiegu Focha i Gdańskiej. Wreszcie - warto w końcu zamontować i u nas automaty do sprzedaży biletów w autobusach i tramwajach. Biletomaty na kilku przystankach nie załatwiają sprawy. Możliwość kupna bez absorbowania kierowcy to duże ułatwienie. I jeszcze jedno spostrzeżenie, już nie komunikacyjne, choć z poziomu okien autobusu. W drodze na koncert mignął mi gdzieś plakat, a w innym miejscu telebim z poparciem dla budowy mostu. Tak sobie pomyślałem, że torunianie mogą jednoczyć się wokół jakiejś pozytywnej idei, wzmacniać lokalne więzi, bo taką niekontrowersyjną ideę mają. A my co? Spalarnią mamy się cieszyć? Bo oddolny głos w sprawie S5 był głosem wołającego na puszczy. Na koniec dla porządku - tych kilka pozytywnych spostrzeżeń nie wpływa na moje zdanie o metropolii. Nadal uważam, że to całe dwumiasto to fikcja. Czego dowodem jest choćby fakt, że musiałem gnać po koncercie, by zdążyć na ostatni pociąg do Bydgoszczy. I w nim bilet aglomeracyjny już nie obowiązywał. Ale nie będę wchodził w szczegóły, miał być przecież pozytywny wpis... *** Koncert do legend nie przejdzie, ale to tylko moje subiektywnie - pewnie malkontenckie;-) - spojrzenie. Minimalizm sceniczny artystów zderzył się z dość chłodną publiką. Choć zagrali dwa moje ulubione numery, znacznie lepiej bawiłem się rok temu w Jarocinie. Myslovitz grałem już bodaj dwa razy, to dzisiaj trochę obok. Lenny Valentino - Chłopiec z plasteliny
wtorek, 21 lutego 2012
O Szubińskiej, czyli serial trwa i trwać będzie
Pamiętacie ubiegłoroczną serię wpisów o łataniu ul. Szubińskiej? Tej zimy, choć aura łaskawa była, życie dopisało kolejne dwa odcinki. I pewnie dopisze następne. Przypomnę, że chodzi o fragment ,,pod górkę'' między pl. Poznańskim a Centrum Szkolenia NATO. Nie pamiętam dokładnie, ale w ubiegłym roku drogowcy łatali tam dziury z dziesięć razy. Czasami na bogato - z frezarką, nie było to jakieś tam byle jakie lanie masy bitumicznej w wyrwę. Niestety, z gorzką satysfakcją muszę odnotować, że miałem rację - jeden sezon wystarczył, by w łatach zrobiły się dziury. I to mimo tego, że tej zimy stosunkowo mało było ,,przechodzenia przez zero''. Nie twierdzę, że jezdnia jest w jakimś katastrofalnym stanie. Ale nadal uważam, że bez generalnego remontu wlewamy ten asfalt w błoto. Dlatego ucieszyłem się na wieść, że ratusz zamierza starać się o unijne pieniądze na naprawę Szubińskiej. Taką szansę dał marszałek, ogłaszając konkurs na dofinansowanie remontów dróg wojewódzkich w granicach największych miast Kujawsko-Pomorskiego. Ku mojemu zdziwieniu, odcinek, który z taką lubością opisuję, nie znajdzie się w bydgoskim wniosku. Zmodernizowane mają być obie nitki arterii od rogatek Bydgoszczy do ul. Pięknej. Na całość pieniędzy nie wystarczy (możemy dostać maksymalnie 4 mln zł), a ,,mój'' fragment ma ponoć lepszą podbudowę. Nie mam powodów, by drogowcom nie wierzyć, ale z lubością będę liczył, ile to jeszcze razy pojawią się na Szubińskiej, by łatać dziury. Jednego nie popuszczę - jeśli w końcu doczekam się modernizacji odcinka ,,pod górkę'', nie wyobrażam sobie, by przy okazji nie powstała ścieżka rowerowa. Widnieje bowiem w planach na tej mapie, co to ją opisywałem. Budowa drogi dla rowerów w tym miejscu będzie musiała wiązać się ze zwężeniem pasa zieleni między jezdniami, bo na chodniku piesi i cykliści się nie zmieszczą. I to będzie kolejny test - jeden z wielu przy nieistniejącej infrastrukturze - na stosunek miasta do rowerzystów. Mam nadzieję, że wyjątkowo nie obleją egzaminu. *** Wow, trzeci wpis w ciągu trzech dni. Jak za starych dobrych czasów. A podobno taki leniwy jestem ;-) Trochę w śledzika potańczyłem w Kubryku, więc jeszcze coś żwawego zagram. Maryla Rodowicz - Małgośka
poniedziałek, 20 lutego 2012
Biała plama na mapie, czyli antypromocja bydgoskiego lotniska
Firma OLT Express zaprezentowała w ubiegłym tygodniu mapkę tanich krajowych lotów. Bydgoszczy na niej nie ma. Tak jakby nasze lotnisko nie istniało. Taki komunikat, niestety, poszedł w świat. A zainteresowanie nowymi połączeniami było całkiem spore, temat przewinął się przez ogólnopolskie media. Wspomnianą mapkę można też zobaczyć w reklamach, w których przewoźnik kusi rejsami za 99 zł. Zamieścił ją m.in. w dzisiejszej ogólnopolskiej ,,Gazecie Wyborczej''. Mógłbym zrozumieć, gdyby władze naszego portu lotniczego zakomunikowały, że z jakichś powodów z nowym przewoźnikiem nie chcą mieć nic wspólnego. Choć oznaczałoby to, że czują się mądrzejsze od szefostw aż dziewięciu lotnisk, które krajowymi rejsami są jak najbardziej zainteresowane. Taki powód nawet by się znalazł - nieoficjalnie wiadomo, że Jet Air, którego OLT Express jest kontynuatorem, jest nam winien pieniądze. Kiedy jednak słyszę, że z OLT Express będziemy jeszcze prowadzić rozmowy, że marzą nam się rejsy do Krakowa, nie mogę pojąć strategii marketingowej bydgoskiego portu. Bo uruchomieniem takiego połączenia będziemy wtedy żyć tylko na naszym podwórku, a właśnie straciliśmy szansę ogólnopolskiej promocji. *** Na zakończenie karnawału rock and roll. Klasyk gatunku. Bill Haley - Rock Around The Clock |
Archiwum
![]() Wypromuj również swoją stronę |