RSS
środa, 25 stycznia 2012
Pogadali o spalarni, czyli moje małe resume

Czuję się w obowiązku napisać kilka słów po sesji poświęconej spalarni. Jeśli ktoś jest tą tematyką znużony, musi mi wybaczyć. Bo to niezwykle ważna sprawa dla naszego miasta, poza tym kosztowała mnie trochę czasu i zdrowia.

Tak, jak się spodziewałem, dyskusja przypominała nieco debatę o Wodociągach. Oponenci swoje, urzędnicy swoje. Nie rozwiała moich obaw. Dobrze, że na wniosek radnych PiS skończyła się zobowiązaniem Marynarza do próby renegocjowania umowy z Toruniem. To konkret. Wprawdzie wiem z pewnego źródła, że ratusz i tak do tych rozmów się szykował, ale teraz będzie się musiał z nich publicznie wytłumaczyć, a i prezydent sąsiadów jest pod trochę większą presją.

Tak naprawdę zasadność projektu można by ocenić bez emocji, znając odpowiedzi na kilka podstawowych pytań: ,,Czy wystarczy śmieci?'', ,,Ile przeciętny bydgoszczanin będzie płacił miesięcznie za ich wywóz?'', ,,Czy alternatywne rozwiązania byłyby tańsze?'', ,,Jak nasze opłaty będą miały się do opłat mieszkańców innych miast?''. Niestety, te odpowiedzi nie padły na sali sesyjnej. Poznamy je pewnie dopiero po fakcie. Oby nie były dla nas bolesne.

Jestem w stanie uszanować argumenty Marynarza o negatywnych dla miasta konsekwencjach (głównie chodzi tu o markę) zerwania umowy o unijne dofinansowanie czy o tych 7 mln zł z podatku, które ze spalarni będą co roku wpływać do ratuszowej kasy. Ma prawo podjąć decyzję o kontynuowaniu inwestycji, choć - w obliczu braku danych z poprzedniego akapitu - porusza się trochę w mroku. Bierze jednak za to odpowiedzialność, historia go oceni.

Uderzyły mnie jedna dwa wywody prezydenta, z którymi zgodzić się nie mogę. Kłócą się bowiem z moją filozofią zarządzania miastem.

Używając argumentów za spalarnią, Marynarz przekonywał, że na śmieciach można zrobić świetny interes, że kręcą się prywatni inwestorzy gotowi wejść w ten biznes. Wspomniał nawet o możliwości sprzedaży gotowego obiektu za kilka lat. Oczywiście ma rację. Jeśli ma się część pieniędzy na budowę i zdolność kredytową, po uruchomieniu instalacji wystarczy zsumować wszystkie koszta, odjąć przychody, dorzucić ileś procent zysku i ustalić odpowiednią cenę ,,na bramie''. I szafa gra! Ludzie śmieci wyrzucać muszą, spalarnia jest w pewnym sensie monopolistą. A jeśli tych śmieci będzie mniej niż przewidywaliśmy? Proste: podwyższamy opłatę za tonę i bilans się zgadza.

Powyższe logiczne rozumowanie skażone jest jednak podstawowym błędem - nie bierze pod uwagę tego, kto ten zysk będzie wypracowywał. A tym kimś będziemy my, mieszkańcy. Gminna spalarnia nie powinna być maszynką do robienia pieniędzy. Ma zrealizować inny cel - rozwiązac problem utylizacji śmieci w obliczu grożących nam kar. Zadaniem decydentów jest, by ów cel osiągnąć jak najmniejszym kosztem bydgoszczan. Mam wrażenie, że urzędnicy o tym zapominają, a to przez ten pryzmat powinni patrzeć na każdy swój ruch.  

I druga uwaga (już krótko): Marynarz zarzucił oponentom, że dotąd nikt nie pokazał mu kompleksowej wizji alternatywnej dla spalarni. Hola! Jako mieszkaniec oczekuję, że to urzędnicy rozpatrzyli wszystkie koncepcje i wybrali najbardziej optymalną dla mnie.

Najbardziej na sesji wkurzył mnie jednak młody karierowicz bez kręgosłupa moralnego. Jako jeden z sygnatariuszy haniebnej umowy z Toruniem jeszcze śmiał pouczać innych radnych. Ale jemu poświęcę pewnie jeszcze kiedyś wpis, bo czuję, że ów żałosny człowiek da ku temu okazję. 

***

Jedna z najbardziej magicznych podróży w historii tego bloga... Utwór wygrzebany przez jednego z Czytelników. Dziękuję. The Shocking Blue - Send Me A Postcard

23:19, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Coraz droższa spalarnia, czyli o drenowaniu naszych kieszeni

Werdykt w sprawie spalarni to fatalna informacja dla bydgoszczan. ProNatura zapowiada bowiem, że będzie starała się o jeszcze większą pożyczkę, by sfinansować inwestycję. A brakuje jej, bagatela, ponad 100 mln zł, bo o tyle wyższą cenę zaoferował kolejny uczestnik przetargu. Ten dług z odsetkami spłacimy my wszyscy w wyższej opłacie za wywóz śmieci.

Zobaczcie, gdyby spalarnię budował ratusz, nie udźwignąłby takiej kwoty. Miasto jest tak zadłużone, że te z górą 100 mln zł zabiłoby gminne finanse. Co w takiej sytuacji zrobiłby Marynarz? Ano musiałby zrezygnować z inwestycji.

Tymczasem w sytuacji, gdy to my mamy pokryć rosnące koszta, pierwszy komentarz jest taki: ,,Postaramy się o wyższą pożyczkę''. A co by było, gdyby następna oferta wynosiła miliard? Gdzie jest granica przyzwoitości, za którą nie warto posunąć się w budowie spalarni?

Nie wolno tak lekką ręką decydować o pieniądzach mieszkańców. Trzeba zrobić rzetelną analizę, czy w obliczu rosnących kosztów warto dalej brnąć w ten projekt, czy nadal nam się to opłaca. Czy opłaca się ludziom, nie urzędnikom. Chodzi o nie tak znowu prostą symulację ceny śmieci w obecnym wariancie i w wariantach alternatywnych proponowanych przez przeciwników molocha.

Ten werdykt rodzi też następne pytania - jeśli ktoś tak bardzo pomylił się w ocenie kosztów inwestycji, dlaczego mam mu wierzyć w sprawie ilości śmieci dostarczanych do spalarni? Co, jeśli ich zabraknie?

W środę na temat spalarni będą debatować radni. Nie wierzę jednak, że padnie odpowiedź na choćby jedno z przytoczonych tu pytań. Utoniemy w potoku liczb, analiz. Opozycja zostanie zmarginalizowana, radni PO poprą Marynarza, choć niektórzy z nich pewnie w ogóle nie kumają, o co w tym wszystkim chodzi. 

A cała sprawa skończy się tak jak z taryfami za wodę i ścieki - będziemy mieli najnowocześniejszą spalarnię w Polsce, ale za utylizację śmieci zapłacimy jak za zboże. Urzędnicy będą dumni ze swojego dzieła, odpowiedzialność się rozmyje, a koszty życia w Bydgoszczy znowu wzrosną.

P.S. Obiecany wpis racjonalizatorski na temat biletów powstanie. Musiał jednak ustąpić miejsce pilniejszej sprawie.

***

Kapela Vana Morrisona w utworze, który zapewnił jej nieśmiertelność. Them - Gloria

23:59, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (10) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Nie skasowałem biletu, czyli bunt obywatelski

Jeśli ktoś napisze, że bydgoska komunikacja miejska działa bez zarzutu, uduszę. Mnie co rusz spotykają niemiłe niespodzianki, a autobusami i tramwajami jeżdżę naprawdę rzadko.

W Dzień Babci wybrałem się na Kapuściska. Sprawdziłem na stronie drogowców, o której autobus nr 79 odjeżdża z przystanku u zbiegu Pięknej i Szubińskiej (BTW - drobiazg, ale wymowny: godziny odjazdu w rozkładzie internetowym różnią się o minutę od tych na miejscu). Miał być o 13.35 (albo 13.36, jak kto woli). Kiedy nie dotarł o czasie, sprawdziłem za ile jest następny. ,,OMG, za 20 minut'' - już byłem wkurzony. Ostatecznie ,,mój'' autobus zjawił się z 10-minutowym spóźnieniem. Zapchany tak, że ludzie - dosłownie - jechali ściśnięci jak śledzie w beczce. Przypomniały mi się czasy komuny.

Ten tłok rozładował się po kilku przystankach, jeszcze przed rondem Kujawskim. To pokazuje, jak niekorzystna dla pasażerów była likwidacja linii nr 61. Na mniejszej częstotliwości kursów ul. Piękną (bo część ,,79'' zastępuje ,,61'', jadąc Stromą) cierpią mieszkańcy Szwederowa i Górzyskowa.

Niestety, z tym przepełnieniem będzie jeszcze gorzej. Choć od lutego bilety zdrożeją, drogowcy zapowiedzieli przecież następne cięcia kursów. Czyli będzie tak: zapłacimy więcej za gorszą ofertę.

Wróćmy do tej soboty - daję słowo: gdy ten spóźniony autobus wjeżdżał na przystanek, miałem bilet w ręku, choć już czułem się oszukany. Kiedy jednak zobaczył ten tłok, nie skasowałem. Możecie wieszać na mnie psy, ale niby dlaczego mam płacić pełną cenę za źle wykonaną usługę? Gdyby to była taksówka, mógłbym wezwać samochód innej korporacji. A w przypadku komunikacji miejskiej wyboru nie mam.

Wprowadzając ostatnią podwyżkę cen biletów, władze miasta zmarginalizowały osoby, które kasują bilety jednorazowe. Dowaliły nam gigantyczną podwyżkę, zabrały karnety. Jeśli ktoś traktuje mnie niepoważnie, dlaczego ja mam go poważnie traktować?

Mam jednak pewien - przyznaję, że dość rewolucyjny - pomysł, jak takie sytuacje rozwiązać. Przedstawię go w następnym wpisie.

***

W ramach karnawałowego grania. Panie proszą panów... The Tremeloes - Silence Is Golden

13:19, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (12) »
czwartek, 19 stycznia 2012
Oblepione słupy, czyli monitoring jest do kitu

O tym, że miejski monitoring w Bydgoszczy nie działa tak jak powinien, pisano nie raz, nie dwa. Oto kolejny kamyczek do tego ogródka.

We wtorek wracałem z pracy w nocy, bo prowadziłem ,,Gazetę". Stojąc na światłach na rogu Gdańskiej i Focha, widzę jak gość w kapturze taśmą klejącą przytwierdza do sygnalizatora jakiś plakat. Po drugie stronie, jak gdyby nigdy nic, działa drugi taki koleś.

Efekt? Nazajutrz mnóstwo słupów było ,,ozdobionych'' afiszami reklamującymi firmę parającą się lichwą (nie mam szacunku dla udzielających pożyczek na drakoński procent, w dodatku promujących się w taki sposób). Wcześniejszą akcję ,,ocieplania" miasta, kiedy to sygnalizator przywdział tygrysią skórę, to ja rozumiem. Ale za takie barbarzyństwo powinno się karać.

Niestety, ci dwaj ludzie pozostali bezkarni. A oszpecili samo serce miasta, i to - sądząc po liczbie reklam - operowali dłuższy czas. To ja się pytam: co robił w tym czasie człowiek, który  obserwował obrazy z kamer? Bo zakładam, że tak ten system powinien działać. 

Inna sprawa to walka z dzikimi ogłoszeniodawcami. Gdyby mogli być pociągani do odpowiedzialności, nasze miasto wyglądałoby inaczej. Wiem, ktoś mógłby komuś świnię podłożyć... Dlatego trzeba takich chłopców od plakatów łapać na gorącym uczynku.

Aha, pewnie ktoś spyta: dlaczego sam nie zadzwoniłem po straż miejską? Odpowiadam: bo przy mojej wrażliwości musiałbym to robić kilka razy dziennie. Wyłączyłem więc w sobie ten mechanizm. Ale daję słowo: jak dożyję emerytury, znienawidzą mnie za to. Szkoda, że takiego spojrzenia nie mają ci, którzy biorą za to pieniądze. Brak efektów wprowadzenia dzielnicowych w straży miejskiej to jednak temat na osobny wpis, który zapewne niebawem popełnię.

***

Ta kapela jest znana z covera przeboju Beatlesów ,,Ob-La-Di, Ob-La-Da". Ale ten ich autorski utwór moim zdaniem jest lepszy. The Marmalade - Reflections Of My Life

23:59, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 stycznia 2012
Berlin i Barcelona, czyli nasze nowe okna na świat

Wreszcie! - można by zakrzyknąć na wieść o planowanych połączeniach lotniczych do Barcelony i kolejowych do Berlina. Nareszcie oferta nie tylko dla emigrantów, ale i dla bydgoszczan, którzy chcieliby wybrać się na kilka dni do atrakcyjnego miejsca w Europie.

Stolica Niemiec to dobra opcja dla fanów muzyki. Można wyskoczyć na fajny koncert, zmodyfikowane godziny odjazdów sprzyjają takiemu wypadowi. Przed imprezą będzie czas na spacerować po mieście, później nocleg, a następnego dnia przed powrotem zdążymy jeszcze pójść do muzeum czy na zakupy. Oby tylko cena biletu na ten pociąg była korzystna. Niestety, połączenie ma ruszyć od czerwca, a taki Bruce Springsteen wystąpi na stadionie Olimpijskim 30 maja.

Barcelona to już opcja na kilkudniowy urlop. Pewnie kiedyś skorzystam, więc się cieszę, że nie będę musiał przepłacać za dojazd do Gdańska czy Poznania (pewnie niektórzy z Was pamiętają takie moje refleksje po podróży do Mediolanu). Ale ogólne odczucia mam mieszane.

Z jednej strony super, że dostajemy taki atrakcyjny kierunek, widać, że coś się na lotnisku wreszcie ruszyło: poprawiona Warszawa, do tego dojdzie Glasgow (czyli ofertę Ryanaira będziemy mieli na poziomie takiego Rzeszowa), rośnie liczba czarterów. Gdyby jeszcze pojawiła się konkurencyjna tania linia i połączenia do jakiegoś portu przesiadkowego typu Frankfurt, było w ogóle bombowo.

Ale trzeba też pamiętać, że ta Barcelona jest spóźniona o dwa lata. Wtedy taką wizję roztoczył przed nami poprzedni prezes portu, ale marszałek nie chciał za te rejsy zapłacić. Do tego loty do Katalonii oferują też Poznań i Gdańsk, więc mieszkańców tych miast nawet taką atrakcją na nasze lotnisko nie przyciągniemy. To raczej one mogą nam podbierać pasażerów, bo z takiego Grudziądza autostradą do Trójmiasta prosta droga. No i najważniejsze - tanie latanie nie jest już takie tanie. Trzeba się mocniej niż kiedyś napocić, by złapać okazję.

Ale pomimo mojego sceptycyzmu naprawdę rad jestem.

***

Karnawał trwa, więc gram do tańca. Tym razem kawałek mało odkrywczy. The Rubettes - Sugar Baby Love

23:58, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
O bezsensownej rozrzutności, czyli nie dziwota, że Unia się chwieje

Bydgoszcz jak cała Polska upstrzona jest tablicami, które trzeba postawić przy inwestycjach realizowanych za unijne pieniądze. Gdyby to była tylko forma podziękowania, można by machnąć ręką. Ale za tymi tablicami kryją się miliony bezsensownie wydanych złotówek.

I nie ma się tu tym razem co czepiać urzędników - oni muszą przeznaczyć część przyznanej kasy na promocję danego przedsięwzięcia. Jasne, od ich mądrości zależy, czy wydadzą ją lepiej, czy gorzej. Ale pole manewru mają stosunkowo niewielkie.

Przykład pierwszy z brzegu - ProNatura ogłosiła właśnie przetarg na kampanię promocyjno-informacyjną związaną z budową spalarni śmieci. Zamierza na nią wydać ponad 2 mln zł. Będzie przekonywała ludzi, że spalanie nie szkodzi. Mnie nie przekona, bo jestem przeciwnikiem tej inwestycji nie z pobudek ekologicznych (choć staram się tak żyć), a z przyczyn ekonomicznych. Z tymi drugimi powinien zmierzyć się ratusz, ale z powodu braku argumentów nabrał wody w usta. Pisałem o tym nie raz, nie dwa... Pomijam fakt rozpisania przetargu w sytuacji kłopotów z wyborem wykonawcy i rosnącymi kosztami budowy. Co będziemy promować, gdy cały projekt spali na panewce?

Załóżmy, że - na nieszczęście bydgoszczan - tak się nie stanie. Wtedy ProNatura w ramach tego unijnego wsparcia wyda jeszcze ok. 3 mln zł na popularyzację selektywnej zbiórki śmieci i recyklingu. To już lepszy pomysł, choć wolałbym po prostu, by na bydgoskich ulicach stało więcej pojemników na szkło, plastik i papier.

Zobaczcie, ponad 5 mln zł zostanie wydanych bez sensu. A to tylko jedna inwestycja. Pamiętacie plakaty promujące Wyspę Młyńską? Ktoś na nich zarobił i tyle z tego pożytku. Bydgoszczan nie trzeba było tam zapraszać. Niestety, bezsensowne przepisy uniemożliwiały zaproszenie do nas mieszkańców innych miast, bo promować trzeba w miejscu, w którym wydaje się kasę.

Oczywiście to też pole do nadużyć. Świetny przykład mamy na pl. Teatralnym, gdzie jak kwiatek do kożucha pasuje wielka tablica informacyjna o linii tramwajowej do Fordonu. Przez ,,przypadek'' stanęła w roku wyborczym. A tramwaju jak nie było, tak nie ma.

I tak jest w całym kraju. Aż trudno policzyć, ile pieniędzy zostało w ten sposób roztrwonionych. Ach, ile rzeczy można byłoby za to zbudować... W obliczu takiego marnotrawstwa nie dziwi, że Unia wpadła w tarapaty.

***

Na dobry początek tygodnia Rainbow już bez Ronniego Jamesa Dio, czyli w wersji zdecydowanie bardziej soft. I to mimo części Deep Purple w składzie. Ale dobrze się słucha. Rainbow - Street Of Dreams

01:37, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (2) »
środa, 11 stycznia 2012
Drugie urodziny bloga, czyli dziękuję, że jesteście

Właśnie minął drugi rok mojego mieszania w tym garnku z eintopfem. Mam świadomość, że był słabszy od pierwszego. Ale chyba nie jest aż tak źle, skoro nadal tu zaglądacie;-).

Zakładając bloga, nie spodziewałem się, że to tak czasochłonne zajęcie. Zwłaszcza przy niemal codziennym publikowaniu wpisów, jak to było na początku. Przyznaję, że wtedy, oprócz zapału neofity, napędzała mnie niechęć do smutnych postaci poprzedniej ratuszowej ekipy. Chciałem być - może to określenie nieco na wyrost - kropelką drążącą skałę.

Choć teraz piszę rzadziej, nadal - trochę naiwnie - chcę ten świat zmieniać. Mniejsza częstotliwość wpisów nie wynika bowiem tylko z zadowolenia ze zmiany prezydenta. Jasne, w ratuszu jest teraz mniej burzliwie, ale nawet tu kilka kontrowersyjnych tematów mi umknęło. Z braku czasu w danej chwili, a odgrzewane kotlety nie smakują przecież tak dobrze jak te z pierwszego smażenia (ze względu na tytuł bloga, nawiązania do kulinariów są jak najbardziej na miejscu;-). Właśnie niedoczas jest głównym winowajcą spadku aktywności. Po części wynika to z innych pasji, ale bardziej jest efektem większej liczby obowiązków w pracy. Wprawdzie uzewnętrzniam się tu po godzinach, ale czasami po prostu brakuje sił.

Nie, mniej pracy mi nie życzcie, to w tych czasach nie są to dobre życzenia:-). Prędzej zadziorności, świeżego spojrzenia, sił twórczych... Bo choć to pisanie przysparza mi raczej więcej wrogów niż przyjaciół, nadal daje mi radość. Bo choć twierdzenia o sile czwartej władzy bywają przesadzone, nadal widzę w tym pisaniu sens.

Aha, jak zwykle przy okazji rocznicowych wpisów jestem otwarty na uwagi. Samokrytycznie przy okazji przyznaję, że różnie z ich realizacją bywa. Lepiej jest z inspiracjami do ,,Gazety'', gorzej z innymi sugestiami. Dawno temu obiecałem zamieścić swoją facjatę i kilka słów o sobie, ,,bohater miesiąca'' też umarł tak szybko jak się narodził... Przymierzam się do założenia ,,Eintopfowi'' konta na Fejsbuku. Sam takiego nie mam, bo to złodziej czasu, sympatyczny, ale jednak złodziej. Jeśli ktoś mnie tam kiedyś szukał, trafił zapewne na mojego imiennika, żeby było śmieszniej - też dziennikarza, lokalnej prasy w Wielkopolsce. Pewnie tu nie zagląda, ale przy okazji serdecznie go pozdrawiam. 

***

Muzycznie nadal potrafię siebie zaskoczyć, zagłębiając się w zasoby YouTube'a. Mam nadzieję, że choć część z Was też ma taką frajdę jak ja. Dzisiaj z premedytacją powtórzę wykonawcę, co rzadko czynię. Król z roku 1958. Elvis Presley - Don't 

23:59, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
O klikalności, czyli płaćcie przeglądaniem slajdów

Jedną z rzeczy, które ostatnio wkurzają mnie w internecie są komentarze malkontentów w stylu: ,,Co? Znowu pokaz slajdów? Wypchajcie się, nie klikam''. To ,,wypchajcie się" moje jest, bo ja nie przeklinam.

Oczywiście rozumiem, że taka forma sprzedawania treści może się komuś nie podobać. Fotostory są lepsze i gorsze, czasami wręcz głupie. Kiedy trafiam na jedno z tych ostatnich, po prostu rezygnuję po pierwszym-drugim slajdzie. Ale nie czuję potrzeby, by obwieszczać to całemu światu.

Czy piekarze rozdają bułki za darmo? Czy fryzjer podcina grzywki za friko? Co jest więc w tym takiego strasznego, że redakcjom internetowym odbiorca ich usług płaci kliknięciami? Wierzcie mi, to fajna, ale wcale nielekka praca.

Dostęp do internetowych newsów jest darmowy. I trudno mi sobie wyobrazić, by w najbliższej przyszłości coś się zmieniło (za dalszą przyszłość nie ręczę nawet końcem małego palca, tak nasz świat szybko się zmienia). Nawet gdyby najwięksi gracze się dogadali, zawsze zostaną półprofesjonalne czy też amatorskie portale, w których ludzie publikują dla samej satysfakcji bycia dziennikarzem.

Serwisy żywią się klikami. Bo to przekłada się na pozycję na rynku i reklamy. Zwróćcie uwagę, że zwłaszcza te mniejsze wklejają linki do swoich artykułów na fejsbuku i forach dyskusyjnych. Bez takiej formy promocji same z siebie generowałyby mniej odsłon. To oczywiste.

Dlatego nie wzdrygajcie się, gdy w fotostory wejdziecie. Płaćcie choć kliknięciami za to, co dostajecie za darmo.

Te uwagi nie tyczą się rzecz jasna tego bloga. Prowadzę go dla swojej przyjemności i - mam nadzieję - frajdy większości z Was. ;)

***

Dzisiaj utwór podwójnie genialny. Bo wykonuje go zespół, który powstał z połowy Talking Heads (ich genialny kawałek ,,Psycho Killer'' już grałem). Po to cover nieśmiertelnego dzieła The Velvet Underground (ich genialny kawałek ,,Venus in Furs'' z tej samej płyty też grałem). Tom Tom Club - Femme Fatale

23:59, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (6) »
O kolanie, czyli nie tylko o służbie zdrowia

No piękny prezent urodzinowy sobie sprawiłem - uszkodziłem kolano, co to je kiedyś złamane miałem. I to jak - nie grając w kosza czy w nogę, nie na jakiejś górze jak prawdziwy mężczyzna, a dźwigając siatki z zakupami. Potknąłem się, broniłem dakłasa przed zgnieceniem i coś strzeliło. Nawet dość śmieszne to, ale mi do śmiechu nie jest.

Nawet nie wiecie, jak mi zależało, by w te okrągłe urodziny zagrać w koszykówkę. Drużynie bym pewnie zbytnio nie pomógł, ale liczyłby się sam fakt. W tych feralnych zakupach tachałem butlę wina musującego specjalnie na tę okazję. Wypiliśmy je w szatni, ale co to za frajda dla mnie w cywilnych ciuchach.

Tak na oko wielkiej tragedii nie ma - mogę normalnie funkcjonować, tylko przy niektórych ruchach przeszywa ból. Kolano specjalnie nie spuchło, ale trzeszczy i czuję, że jest niehalo. Cóż - pewnie na razie tak z nim pochodzę, bo jak sobie pomyślę o tej drodze przez mękę, którą musiałbym przejść do dokładnej diagnozy...

I tu kończymy użalanie się, a przechodzimy do sedna wpisu. Bo temat na czasie na początku roku. Opisywałem już kiedyś swoje perypetie po złamaniu rzepki, więc wiem, czym to pachnie. Wtedy z nogą jak bania ,,biegałem'' do pracy przez tydzień, czekając na wyznaczoną wizytę u ortopedy. Na izbie przyjęć w szpitalu ściągnęli mi tylko płyn, zrobili zdjęcie, na którym zresztą nie zauważyli (może dostrzec nie mogli) tego złamania. I tak dzięki pomocy ówczesnego szefa szybko trafiłem na stół na artroskopię, która zamieniła się w operację. Ale później te wszystkie wizyty kontrolne, gigantyczne kolejki w poradni ortopedycznej, osobny lekarz wystawiający skierowanie na konkretne zabiegi, sama rehabilitacja, znowu ten lekarz, rehabilitacja... Nie muszę mówić, że wszystko oczywiście nie od ręki. W końcu odpuściłem, czworogłowy się nie odbudował do końca, wiedziałem, że prędzej czy później problem wróci. Ale żyłem aktywnie - wszedłem na te parę gór, w kosza grałem normalnie, na rowerze trochę kilometrów wykręciłem.  

Teoretycznie jako ubezpieczony powinienem iść jutro do rodzinnego, dostać skierowanie do ortopedy, iść do ortopedy, zostać dokładnie zdiagnozowany... Ale to teoria. Oczywiście zawsze mogę iść też prywatnie.

Cokolwiek zrobię - później opiszę. Ciekawe, co się zmieniło w służbie zdrowia przez te chyba już sześć lat od złamania rzepki.

***

Skoro gram dla siebie, to Doorsi. Nie było ich przecież jeszcze w tym kwartale. A skoro jestem w tak podłym nastroju i coś się skończyło... Nie, tego utworu nie zagram, wszak jeszcze dużo przede mną. Już lepiej wypijcie za moje zdrowie. The Doors - Alabama Song

00:28, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Podwyżka dla prezesów, czyli są równi i równiejsi

Hulaj dusza, kryzysu nie ma! Do takiego wniosku można dojść po decyzji Marynarza o podwyżce pensji szefostwu spółki Tramwaj Fordon. Widać, że bez względu na czasy władza się wyżywi.

Prezes Witold Dębicki zarabiał dotąd 8 tys. zł. Bidulek. Wszak szefowie innych miejskich spółek mają 30 proc. więcej. Prezydent postanowił skończyć z tą jawną niesprawiedliwością i dołożył Dębickiemu dwa tysiące. I jego zastępcy tyle samo. A co, niech mają!

Tramwaj Fordon działa ponad 2,5 roku. Wszyscy wiemy, ile przez ten czas udało się zrobić. Trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądał każdy dzień prezesa, ale jestem przekonany, że nie urabiał się po łokcie. Prasa, kawka, ,,saper"... - nierzadko pewnie tak bywało. Nie zarządza też armią ludzi. Cóż więc dziwnego w tym, że zarabia mniej od innych?

Sorry, ale Dębicki zgodził się pracować za takie pieniądze. To tak jak w piłce nożnej - jeden piłkarz ma wyższy kontrakt, inny niższy. Bywa. Nie sądzę też, by, ot tak, znalazł pracę za podobne uposażenie. A jeśli postawił takie ultimatum, Marynarz powinien to jasno powiedzieć.

Wcześniej jakoś prezydent nie miał skrupułów, gdy zdecydował się zabrać przywileje pracownikom MZK (słusznie), co od lutego będzie skutkowało spadkiem zasobności ich rodzin. Skąd więc teraz ta rozrzutność? I jak ona ma się do tych oszczędności, o których słyszymy od początku kadencji?

Prywatne firmy zwalniają ludzi w czasach kryzysu. Tylko jakoś ci żyjący za publiczne pieniądze mają się świetnie. A już - jak widać - najlepiej mają ci najbliżej koryta.

***

Tę kapelę obiecałem jeszcze w ubiegłym roku. Żeby nie wchodzić w nowy z garbem niespełnionej obietnicy, czym prędzej nadrabiam zaległości. Nadrabiam z przyjemnością. Marky Ramone's Blitzkrieg - When We Were Angels

23:56, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (8) »
sobota, 31 grudnia 2011
Życzenia noworoczne, czyli nie dajcie się

Ciężko składać życzenia w ciężkich czasach. Można otrzeć się o banał albo trafić kulą w płot. Bo jak tu życzyć spokoju komuś, kto chce żyć pełną piersią... Z drugiej strony podwójnej mocy nabierają te słowa najprostsze, najczystsze jak Miłość, Zdrowie, Szczęście...

Życzę Wam szalonej zabawy do białego rana i jednak trochę mniej szalonego 2012 roku. Wszystkiego Dobrego!

***

W sylwestrowy wieczór wypada zagrać coś skocznego. Coś bliższego dyskotece. Kim Wilde - You Keep Me Hangin' On

18:40, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (4) »
piątek, 30 grudnia 2011
Radni pokroili swój tort, czyli beczka miodu z kilkoma łyżkami dziegciu

Hm, jestem w kropce... Z jednej strony doceniam roztropność, z jaką radni podzielili 10 mln zł, co to je Marynarz pozwolił im rozdysponować, z drugiej jednak widzę, że sama idea się nie sprawdziła.

Trudno bym się nie cieszył, bo wśród przegłosowanych projektów znalazł się basen na Błoniu. Sam postulowałem jego budowę, upominałem się o tę inwestycję jeszcze przy okazji poprzedniego budżetu, gdy niektórzy radni o niej zapomnieli. Miło było przy tym słyszeć na sesji jakby swoje argumenty (fałszywej skromności mówimy ,,nie'' ;-).

Ta pływalnia wpisuje się też w to, o co m.in. na tym blogu walczę - daje początek pewnej wizji. Można ją sformułować mniej więcej tak: aquapark to w czasach kryzysu mrzonka, więc postawmy na baseny. Teraz należy tylko oczekiwać konsekwentnej realizacji tej koncepcji. Oczywiście splendor spadnie później na radnych, którzy de facto wytyczyli ów kierunek. Szkoda, że prezydent sam nie ukuł hasła: ,,Basen na każdym osiedlu''. Mógłby później pochwalić się kilkoma pływalniami, które dałby radę zbudować w tej kadencji. To jest konkret - stawiamy sobie cel i dążymy do niego nawet kosztem innych zamierzeń. Konkret, a nie jakieś rozwodnione głodne kawałki, które sprzedawał w swoim przemówieniu radny PO Włodzisław Giziński, gdy oceniał cały budżet.

Doceniam też wykrojenie dużego kawałka tortu na ul. Nowomazowiecką, która ma odciążyć ul. Cieszkowskiego z jej secesyjnymi skarbami. Niezmiennie uważam, że ze względu na odległość od ścisłego centrum zyskają bardziej sami mieszkańcy, niż ogół bydgoszczan. Ale może to krótkowzroczność, może nie mam racji... Decyzję radnych szanuję, bo to spójny plan, który ma swoje uzasadnienie.

Reszta pieniędzy wystarczyła na ,,waciki". Myślę, że nieprzypadkowo znalazł się wśród nich fortepian dla pałacu w Ostromecku. Melomanka Felicja Gwincińska na pewno to docenia, a zawsze to jakaś zapasowa szabla w sytuacjach, gdy koalicjanci z lewicy postawią się PO. BTW - Miasto dla Pokoleń topnieje w oczach, bo do lizusa Michała Sztybla w szeregach Platformy dołączyła właśnie Grażyna Kufel, zachwycona wizją basenu na Błoniu. 

I tu w tym zalewie słodkości pojawia się tytułowy dziegieć. Otóż powyższy podział tortu to dzieło koalicji PO-SLD, głos opozycji został kompletnie zignorowany. Oczywiście to zbójeckie prawo zwycięzców - mają legitymację od wyborców, by sprawować władzę, czyli m.in. rządzić kasą. Tylko po co wtedy ta cała szopka z oddaniem przez prezydenta decyzji w ręce radnych? Po to, by partyjny kacyk mógł wypisywać swoje ,,mądrości'' na fejsbuku, a później pogłaskać po główkach bezwolne owieczki za posłuszne głosowanie? Dla triumfalizmu ludzi, którzy na to nie zasługują? Akurat doświadczeni radni PiS, przy wszystkich swoich wadach, są często bardziej oddani miastu, niż młokosy z Platformy, co to przez rok głosu na sesjach czy komisjach z siebie nie wydusili. Wystarczyło spotkać się podczas tworzenia budżetu, po burzy mózgów dorzucić do niego basen i nową trasę, nie byłoby żenującego spektaklu, niepotrzebnego upokarzania. Przecież to niczemu dobremu nie służy.

Może jestem naiwny, ale nie podejrzewam Marynarza o złą wolę. Sam przecież, patrząc z boku, w poprzednim wpisie na ten temat takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegłem. Po prostu taka procedura nie sprawdza się w sytuacji prezydenta, który ma tak silne poparcie swojej partii i koalicjanta, czyli większość, która wszystko może przegłosować. Gdyby był bezpartyjny, takim gestem dobrej woli rzeczywiście mógłby zjednać poszczególne ugrupowania. A tak koszula bliższa ciału. To nie zarzut, broń Boże, tylko  spostrzeżenie. W przyszłym roku lepiej będzie zwyczajnie zrezygnować z tego trybu. Wtedy deklaracje o dzieleniu się władzą i otwartości na inne spojrzenia nie będą tylko pustymi słowami.

Swoimi refleksjami na temat całego budżetu podzielę się w przyszłym tygodniu. W sylwestrowo-noworoczny weekend lepiej oddać się zabawie.

***

Będzie to drugie ,,500 mil''. Wykopałem prawdziwą perełkę (wiem, że pewnie tymi utworami sam się najbardziej podniecam, ale muszę mieć coś z tego pisania). John Phillips przed The Mamas and The Papas, Scott McKenzie przed ,,kwiatami we włosach'' i jeszcze jeden gość. The Journeyman - 500 miles

00:26, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (8) »
wtorek, 27 grudnia 2011
Ślepo brniemy w śmieci, czyli śmierdzący prezent pod choinkę

Spalarnia niszczy reputację Marynarza. Doprawdy chciałbym wiedzieć, co tak naprawdę leży na drugiej szali, że dla tego czegoś warto sprzeniewierzać się zasadzie otwartości na dyskusję i brnąć w projekt, który w wielu punktach jest niekorzystny dla Bydgoszczy i jej mieszkańców? Mam swoją teorię, trochę spiskową, więc przeczytacie ją na końcu, po argumentach. 

Przypomnę, że w przemówieniu podsumowującym pierwszy rok kadencji prezydent jako jedną ze swoich zdobyczy uznał wciąganie fachowców w danych dziedzinach do współrządzenia miastem, liczenie się z ich zdaniem. W przypadku spalarni takiej debaty nie ma. A z drugiej strony ma przecież gremium, z którym można dyskutować: od wyedukowanych ekologów poprzez co bardziej świadomych radnych (w tym z SLD, czyli koalicji) na zwykłych bydgoszczanach, którzy interesują się losem swojej małej ojczyzny, skończywszy. Ta grupa operuje liczbami, odwołuje się do zasad ekonomii, czyli porusza się w dziedzinach Marynarzowi bliskich. I nic.

To nie mój pierwszy wpis na temat spalarni. Kiedyś można byłoby mi zarzucić złą wolę, bo byłem zadeklarowanym przeciwnikiem poprzedniego prezydenta. Ale obecny nadal może liczyć na moją sympatię. A jednak niezmiennie jestem przeciwnikiem tej inwestycji, bo ani ratusz, ani ProNatura nie zbiły dotąd argumentów drugiej strony. Zresztą, nie słucham ich biernie, matematyka też jest mi bliska. Zauważyłem jeszcze, że z każdą kontrowersją dotyczącą spalarni maleje liczba jej zwolennikach. Widać to na forum pod ,,Gazetowymi'' tekstami, dostrzegam też tę tendencję w rozmowach w redakcji.

Sam Marynarz zgodził się z oponentami, którzy nie zostawili suchej nitki na haniebnej umowie z Toruniem (przypomnę w skrócie: bydgoszczanie będą partycypować w kosztach dowozu toruńskich śmieci, a także proporcjonalnie spłacać część pożyczki zaciągniętej na zupełnie niepotrzebną z naszego punktu widzenia służącą do tego transportu infrastrukturę, czyli stację przeładunkową u sąsiadów, no i pojazdy). Łatwo jest ją negować, bo obciąża konto przegranego Konstantego Dombrowicza. Trudniej podjąć jakiekolwiek próby renegocjacji tego traktatu z diabłem. Perswazję czy szantaż - chciałbym zobaczyć cokolwiek w obronie interesów Bydgoszczy. A tu nic.

Jakieś ruchy są wykonywane w sprawie śmieci, które do spalarni mają trafiać. Ale tak naprawdę ciągle nie mam pewności, czy uda się uzbierać te 180 tys. Bój o to, by Koronowo koniecznie u nas utylizowało swoje odpady optymizmem nie napawa. Bo to kropla w morzu potrzeb. Czy więc racją nie jest, że budujemy monstrum ponad miarę naszych potrzeb? Ekolodzy przekonują, że są inne, tańsze rozwiązania, które takiemu miasto jak Bydgoszcz w zupełności by wystarczyły.

Czy ta gigantomania Wam czegoś nie przypomina? Mi kojarzy się z Wodociągami. Żeby nie skończyło się tak samo, czyli że śmieci będziemy płacili jak za wodę (czytaj: jak za zboże). Jest jeszcze jedno podobieństwo - ratusz cieszy się, że pożyczkę zaciągnie spółka, a więc nie obciąży ona miasta. Tylko zapomina przy tym dodać, że przerzuca tym samym spłatę zobowiązań na mieszkańców. Bo przecież będą wliczone w cenę utylizacji śmieci.

Co gorsza, te koszta wzrosły. W przededniu Wigilii - stąd ten ,,prezent'' w tytule - ProNatura wybrała ofertę Włochów opiewającą na blisko 530 mln zł. To niby tylko niespełna 30 mln więcej niż ostatecznie planowaliśmy wydać. Ale procedura przetargowa się nie zakończyła, mogą być jeszcze protesty. A najtańsza z pozostałych propozycji jest o ponad 100 mln wyższa. To też zastanawia - czy właśnie cena nie była najważniejsza, jak to zazwyczaj w polskich przetargach bywa?

No i dochodzimy do tej obiecanej teorii spiskowej: Polska nie wywiązuje się z zobowiązań w dziedzinie ochrony środowiska, Unia Europejska grozi nam karami. Planowana spalarnia na takim poziomie zaawansowania jest jakimś argumentem w tych negocjacjach. Rząd to PO, Marynarz to PO. Może więc interes państwa (można też powiedzieć - partii) determinuje postawę ratusza w sprawie spalarni. Tylko dlaczego ma się to odbywać naszym kosztem?

Oczywiście, mogę nie mieć racji. Ale chciałbym usłyszeć argumenty, a nie PR-owską papkę o ,,zielonej energii''.

***

Bardzo lubię amerykański standard ,,500 Miles'', ale chyba wszystkie najlepsze wykonania to dzieła artystów, których już grałem. Dlatego dzisiaj piosenka o niemal identycznym tytule, ale zupełnie inna. The Proclaimers - I'm Gonna Be (500 Miles)

23:45, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 grudnia 2011
Opowieść wigilijna, czyli życzę Wam odruchów serca

Były naczelny ,,Gazety'' brylował w tego typu opowieściach i anegdotach. Ja takim bajarzem nie jestem, ale życie samo przyniosło historię...

Była środa czy czwartek. Szedłem do pracy stałą trasą. Na ul. Kordeckiego minęła mnie para z zakupami, gość dźwigał pod pachą zgrzewkę piwa. Z naprzeciwka przydreptała zabiedzona kobiecina, pchała wózek z kartonami i innymi zdobyczami porannego obchodu po ulicach. Facet wyjął portfel, wyciągnął jakiś banknot, trochę czasu mu to zajęło, bo piwo utrudniało ruchy, więc musiał nawet pogonić za znikającą starszą panią...

Życzę Wam - sobie też - takiej bezinteresowności. I, gdy nie daj Boże coś pójdzie nie tak, by zawsze znalazł się ktoś, kto wyciągnie pomocą dłoń.

Wszystkiego Dobrego, pogodnych Świąt.

***

Macie już pewnie dość świątecznych piosenek, co? No to Was dobiję ;-) Ale swoją drogą - trochę śniegu by się przydało. Bing Crosby - White Christmas

13:34, tyczyno.andrzej
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011
Dworcowa po remoncie, czyli oto efekty zgniłego kompromisu

Dla mnie lipa, nie wiem, jak dla innych - tak mogę podsumować rewitalizację ul. Dworcowej. Trochę przy tym mijam się z prawdą, bo, niestety, wiem, co ci ,,inni'' myślą.

Pamiętacie wizualizacje Dworcowej sprzed remontu? Jeśli nie, polecam znaleźć jakąś w internecie i porównać z efektem finalnym. Pomijam już fakt, że na tych obrazkach kostka jest równiejsza niż w rzeczywistości, ma też inne barwy. Podstawową różnicą jest brak samochodów. Nawet na wizualizacji powstałej już po podjęciu decyzji, że ulica nie będzie deptakiem widać raptem jedno auto, a nie widać wyznaczonych miejsc parkingowych.

Na trotuar oblepiony teraz zaparkowanymi pojazdami nie patrzę tylko od strony estetycznej. Dla mnie to zmarnowana szansa. Szeroka ulica na odcinku od Gdańskiej do Warmińskiego aż prosi się latem o kawiarenki i piwne ogródki. Dzięki nim zyskalibyśmy kolejną miejską przestrzeń. Jeśli o deptaku marzą mieszkańcy ul. Cieszkowskiego, to stworzenie go na położonej bliżej ścisłego centrum Dworcowej jest bardziej uzasadnione.

Tyle mówiło się też o uczynieniu rewitalizowanej ulicy bardziej przyjaznej rowerzystom, a dla mnie z powodu zastosowanych półśrodków niewiele z tych szumnych zapowiedzi wyszło. Dlatego dziwię się, że Bydgoska Masa Krytyczna pozytywnie odebrała samą możliwość jazdy pod prąd. Dziwię, bo między Marcinkowskiego a Warmińskiego kierowcy parkują częściowo na jezdni i rowerzysta praktycznie ,,idzie na czołówkę" z nadjeżdżającym samochodem. Teraz to nie problem, bo mało kto śmiga na rowerze, ale co będzie latem? W praktyce trzeba będzie przeciskać się między pieszymi na chodnikach zwężonych efektownymi donicami, stojakami dla jednośladów (sic!) i reklamami. Takich wąskich gardeł jest kilka. Dla mnie jedyna zdobycz dla cyklistów to równa nawierzchnia pod kołami.

O pomstę do nieba woła też nowa organizacja ruchu w Śródmieściu. Nie mam żadnego znajomego kierowcy, jeżdżącego tamtędy, który by nie pomstował na utworzenie tylu jednokierunkowych ulic. Drogowcy nie potrafią logiczne wyjaśnić tych zmian, zasłaniają się m.in. troską o... rowerzystów.

Uczciwie przyznaję, że jest też ta druga strona medalu. Na Dworcowej regularnie bywam w dwóch miejscach - pierogarni i punkcie bukmacherskim (bankomatu nie liczę, czasami po drodze wpadnę też do Biedronki i samoobsługowego sklepu na rogu z Warmińskiego, zdarza mi się zjeść w Soprano, Green Wayu czy Ambarze). Wiem, bo dopytywałem, że w obu tych moich stałych miejscach podczas remontu spadła liczba klientów. ,,Jak ludzie nie mogą podjechać pod same drzwi, nie przyjeżdżają" - usłyszałem u bukmachera.

OK, załóżmy więc, że to ja jestem jakiś ,,inny''. Dlaczego więc, gdy chcę sobie kupić buty, spodnie czy kurtkę nie korzystam ze sklepów na Dworcowej, skoro i tak tamtędy przechodzę? Bo większość z nich nie ma mi nic ciekawego do zaoferowania (a przynajmniej ja o tym nie wiem). Ostatnio na odcinku do Marcinkowskiego naliczyłem trzy salony sukni ślubnych. Jubilerzy nie są konkurencją dla salonów Kruka, Aparta czy Yes, które mieszczą się niedaleko na Gdańskiej. I tak mógłbym długo wymieniać... A do pierogarni chodzę, bo ma świetne pierogi. Proste!

Dlatego nie podoba mi się dyktat kupców, którego efektem jest ,,zepsucie'' trudu włożonego w rewitalizację ulicy. Widzę tu syndrom ul. Długiej, gdzie też handlowcy zwalają winę za swoje niepowodzenia na złą kostkę brukową i brak parkingów, a tak naprawdę nie mają czym kusić klientów. Ale o tym już pisałem...

***

Soczysty rockowy kawałek. Bardziej znany i chyba nieco lepszy w wykonaniu Joan Jett, ale oryginał też daje radę, więc niech chłopaki mają. Arrows - I Love Rock 'n' Roll

23:56, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (9) »
niedziela, 18 grudnia 2011
Czarne chmury nad ArtPopem, czyli jakieś fatum ciąży nad festiwalem

Nie chciałbym być złym prorokiem, ale na razie wygląda na to, że w przyszłym roku festiwal ArtPop się nie odbędzie. Odpowiedzialna za niego agencja Snap złożyła ponoć ofertę na poziomie bardziej wypasionego festynu. Ratusz zamierza wyrzucić ją do kosza i w ogóle nie ma ciśnienia, by tę imprezę zorganizować (można o tym poczytać w poniedziałkowej ,,Gazecie'').

Z jednej strony rozumiem podejście miasta. Biednego nie stać na oszczędzanie. Jeśli mamy wydać pieniądze na produkt wątpliwej jakości, rzeczywiście lepiej ich nie wydawać.

Nie rozumiem jednak, dlaczego magistrat zachowuje się przy tym jak panna na wydaniu, co to „chciałaby, ale boi się”. To asekuranctwo. Oczekiwałbym jasnej deklaracji, czy miastu zależy na festiwalu albo koncercie, który przyciągnie do Bydgoszczy fanów z całej Polski, czy też nie. Jeśli zamierzamy zrezygnować z igrzysk w dobie zaciskania pasa, trzeba to jasno powiedzieć mieszkańcom, a nie ich mamić. Jeżeli natomiast zależy nam na takiej formie promocji, należałoby otwarcie to wyznać, określić, ile jesteśmy gotowi wydać i wtedy przebierać w ofertach, gdy takowe wpłyną.

Agencja Snap nie poradziła sobie z tegoroczną imprezą, trochę wskutek śmierci Amy Winehouse, trochę z własnej winy. Bywa. Słabą ofertą na przyszły rok firma dodatkowo się pogrąża, a ostatecznie kompromitują ją słowa Eweliny Krysiak. Jeszcze kilka miesięcy temu zapowiadała nam w przyszłości niemal drugiego Open'era z miasteczkiem namiotowym i innymi cudami-wiankami, a teraz mówi, że „to nie jest ekonomicznie opłacalne”. I oferuje artystów na poziomie abstrakcji Macy Gray czy Simply Red. Przecież to jakiś kiepski żart.

Kompromituje się też, niestety, radny Lech Zagłoba-Zygler, bądź co bądź szef komisji kultury i nauki. Jeśli mówi, że „w zamian można zrobić imprezę tańszą z rodzimymi gwiazdami i to na takim samym poziomie artystycznym”, to nie wie o czym mówi. Który z polskich artystów zdobył taką popularność jak świętej pamięci Amy Winehouse? Na takie „artystyczne” wydarzenie z innych miast pies z kulawą nogą do nas nie przyjedzie. Szkoda więc kasy, bo efekt promocyjny będzie żaden. Jednocześnie radni chcą wykorzystać zaoszczędzone pieniądze na Rok Wyczółkowskiego. Czyli - jak rozumiem - o podział pajdy tu w gruncie rzeczy chodzi...

Wszystkie te słowa pokazują, że nie potrafimy zmierzyć się z problemem. Jasne, impreza - wcześniej pod nazwą Smooth  Festival - nie miała dotąd szczęścia. Można wręcz mówić o jakimś fatum. W ubiegłym roku z powodu choroby nie dotarła Cesária Évora (od soboty nie ma jej już wśród nas), jak się skończyło z Amy przed kolejną edycją - wszyscy wiemy. Ale ten pech musi się skończyć, a zebraliśmy już bagaż doświadczeń.

Na chłopski rozum sprawa wygląda prosto: tegoroczny ArtPop kosztował gminną kasę półtora mliona złotych, załóżmy, że znowu chcemy tyle wydać. Trzeba więc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy za takie pieniądze można zorganizować w Bydgoszczy festiwal albo porządny koncert. Piszę ,,w Bydgoszczy'', bo na Bemowie czy Stadionie Narodowym macherzy od tego typu imprez od razu mają handicap znacznie większego lokalnego audytorium. No i w stolicy łatwiej o sponsorów. Wracając do nas - jeśli można, trzeba znaleźć tylko odpowiedzialnego organizatora i szafa gra.

Tak w ogóle szkoda marnowanej szansy...

***

Wpis trochę pogrzebowy, więc odnotuję, że w ten weekend zmarł Krzysztof Szmagier, reżyser kultowego serialu ,,07 zgłoś się".  Stąd u mnie kompozycja Włodzimierza Korcza. Alicja Majewska - Przed nocą i mgłą

23:48, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (16) »
czwartek, 15 grudnia 2011
Rok Marynarza, czyli otwarcie okna w stajni Augiasza

Trudno oceniać pierwszy rok prezydentury Marynarza bez odniesień do rządów poprzednika. Dziedzictwo po Konstantym Dombrowiczu - i to dobre, i to złe - rzuciło cień na początek tej kadencji. Było też determinantą wielu decyzji.

Na wstępie przypomnę, że jeszcze przed wyborami napisałem (każdy głupi to wiedział), że ktokolwiek zostanie prezydentem będzie musiał skończyć rozgrzebane inwestycje. Trasa Uniwersytecka, tramwaj do dworca, Centrum Kultury ,,Orzeł''... To akurat ten dobry spadek, ale wiążący ręce. Pole manewru na własne inicjatywy jest bowiem niewielkie.

Podsumowanie zacznijmy od pozytywów, bo nigdy nie ukrywałem, że w sumie pozytywnie oceniam to, co się teraz w mieście dzieje. Największą zaletą rządów Marynarza jest otwartość. Widać ją na każdym kroku. W relacjach z radnymi podczas sesji, w polityce informacyjnej czy w rozmowach ze zwykłymi ludźmi. Kumpelski styl bycia łączy, nie dzieli. Skończyło się obrażanie, dąsy, wiara we własną nieomylność, ba, nawet straszenie sądem. To jak wpuszczenie świeżego powietrza do zatęchłego pomieszczenia. Wreszcie można normalnie oddychać!

W tej atmosferze dialogu odbył się Bydgoski Kongres Kultury. Jasne, ten ruch rozpoczął się podczas nieudanych starań o Europejską Stolicę Kultury, ale dopiero teraz wybuchł z pełną siłą. Co ważne, zaowocował konkretem, czyli podpisanym niedawno paktem. Przy całym moim dystansie do tej inicjatywy, obiektywnie trzeba uznać ją za sukces.

Na plus trzeba też zapisać porządkowanie sportu, czyli stworzenie zasad finansowania klubów, tak, by miejska kasa nie była traktowana jak dojna krowa. Najlepiej widać to na przykładzie żużlowców Polonii, którzy w ekstralidze w przyszłym roku dostaną znacznie mniej niż w I lidze w minionym sezonie. Udało się też sprzedać Zawiszę, czego efektem jest świetna postawa piłkarzy jesienią i realna szansa na wymarzoną ekstraklasę. Oczywiście można się zastanawiać, czy ta prywatyzacja jednak za dużo ratusza nie kosztowała. Ale to tylko łyżka dziegciu w tej beczce miodu.

Trzeba przyznać, że nowa władza dobrze radzi sobie z bieżącymi sprawami do załatwienia. Jakoś nabór do przedszkoli mógł wreszcie pójść gładko, a nowe nakładki bitumiczne wykonywane są bezboleśnie i solidnie. W tym działaniu od zadania do zadania brak jednak jakiejś wizji. Za dużo tu asekuranctwa, chęci przypodobania się wszystkim. Patrząc na projekt przyszłorocznego budżetu, trudno zgadnąć, w jakim kierunku nasze miasto ma podążać.

Największym minusem tego roku jest polityka kadrowa i wynikające z niej wpadki. W mniejszym stopniu cieniem rzuca się na tu koalicja z lewicą, w większym partyjne układy w ramach PO. Nie wiem, czy Grażyna Ciemniak została wiceprezydentem, bo taka była umowa jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, czy ze względu na swoje kompetencje. Czy Marzena Matowska spadła na cztery łapy po wpadce z festiwalem Niepokornych, bo szef był wyrozumiały, czy dlatego, że jest psiapsiółką posłanki Teresy Piotrowskiej. Zresztą, ta cała heca z pełnomocnikiem ds. kultury na 1/4 etatu to jakaś pomyłka. W niejasnych okolicznościach pojawił się w Bydgoszczy i równie szybko zniknął wiceprezydent Eryk Kosiński. Kilkumiesięczny wakat na tym stanowisku też, niestety, dobrze o Marynarzu nie świadczy. Gigantycznym nieporozumieniem okazała się inżynier miasta bez odpowiednich umocowań, czego efekty widzieliśmy (a ściślej: ciągle widzimy) podczas nieudolnej rewitalizacji ul. Dworcowej. Eh, dużo tego jak na tak krótki czas... Uczciwie trzeba jednak dodać, że prezydent miał dość szczęśliwą rękę do nominacji na szefów większości miejskich spółek. Praca w nich toczy się bez skandali. I jeszcze jedno - z niesmakiem przyjąłem wypowiedź Marynarza podczas środowego spotkania z dziennikarzami, na której przywołał bon mot Wiesława Olszewskiego. Sorry, ale jak się ma takich mentorów, to ja wysiadam...

Zarządzanie niektórymi spółkami pozostawia wiele do życzenia. Nie udało się oczyścić atmosfery wokół Wodociągów i spalarni. W pierwszym przypadku Marynarz przeszedł do porządku dziennego nad horrendalnymi cenami wody i jak niepodległości broni prezesa Stanisława Drzewieckiego. Być może słusznie, ale przez rok nie przedstawił argumentów uzasadniających taki stan rzeczy. Nikt nie potrafi jasno powiedzieć, dlaczego mieszkańcy innych wielkich polskich miast płacą za wodę i ścieki znacznie mniej od nas. Podobny kłopot czeka nas być może ze śmieciami. Tutaj akurat prezydent - w przeciwieństwie do swojego poprzednika - widzi problem haniebnej umowy z Toruniem, która jest dla bydgoszczan skrajnie niekorzystna. Sęk w tym, że nie zrobił nic, by to porozumienie renegocjować. Na szczęście, udało się wymiksować z aquaparku i odsłonić kulisy tego podejrzanego przedsięwzięcia. Ale to tylko trochę gnoju mniej w tej stajni Augiasza.

Reasumując - dla mnie ta zmiana atmosfery ma niebagatelne znaczenie, w dużej mierze rzutuje na ocenę całości. Stąd moja życzliwość dla Marynarza i jego ekipy.

***

Marynarz wchodził na pokład w rytm utworu AC/DC, więc wypada zagrać coś równie mocnego i soczystego. Trochę starszy kawałek innej hardrockowej kapeli. UFO - Doctor, Doctor

23:56, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (4) »
środa, 14 grudnia 2011
Odszedł pan Dzidek, czyli kawał historii bydgoskiego sportu

Zmarł Zdzisław Sosnowski, nestor bydgoskiego dziennikarstwa. Słowo ,,nestor'' pada we wszystkich serwisach, ale to akurat zrozumiałe - po prostu trafia w samo sedno.

Z panem Dzidkiem zetknąć musieli się wszyscy, którzy w ostatnich 60. latach pisali w Bydgoszczy o sporcie. Najmłodsi z czasem trochę podśmiechiwali się z przynoszonych przez niego kanapek czy termosu, ale zawsze z szacunkiem odpowiadali na pytania: ,,Kto strzelił?", ,,Kto podał?" czy ,,Kto faulował?''. Bo choć wzrok i słuch już nie ten, trudno było sobie wyobrazić trybunę prasową bez Zdzisława Sosnowskiego. Teraz będzie trzeba...

Swoją pracę dziennikarską zaczynałem właśnie od działu sportowego dwie dekady temu. Wspominam Go jako człowieka życzliwego, dobrodusznego. Dzwonił po wyniki w potrzebie, ale też sam nigdy pomocy nie odmówił.

Teraz wręcz obowiązkiem ludzi sportu jest uhonorowanie Zdzisława Sosnowskiego. Absolutnym minimum byłby bieg memoriałowy po Kryterium Asów.

Bo odszedł kawał historii bydgoskiego sportu...

***

Ten utwór będzie najbardziej odpowiedni w tych smutnych okolicznościach. Kibice bydgoskiego sportu wiedzą, dlaczego. Mitch Miller and His Orchestra - Colonel Bogey March

23:10, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (4) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Kulturalny pakt, czyli poczekajmy z euforią

Dawno na sesji rady miasta nie słychać było takiego wybuchu entuzjazmu, takie wzajemnego kadzenia jak w ubiegłym tygodniu podczas podpisywania Bydgoskiego Paktu dla Kultury. Użyłbym innego słowa na określenie tej euforii, ale zaraz usłyszałbym, że mi nie wypada. Sami domyślcie się więc, jakiego. :-p

Choć ta radość jest oczywiście zrozumiała, dopiero przyszłość pokaże, ile ten dokument zmieni w życiu bydgoszczan. Bo - co wyraźnie podkreślono - przecież dla ich dobra został stworzony.

Na razie najwięcej powodów do zadowolenia mają twórcy paktu. Ich ciężka wielomiesięczna praca nie poszła na marne. Pogodzenie różnych środowisk było nie lada wyzwaniem. Jasne, że nie wszyscy ludzie kultury zaangażowali się we wspólne dzieło, ale to nawet zrozumiałe. Ważne, że efekt finalny jest głosem większości. Poza tym liczy się sama możliwość dialogu, wola urzędników, by do niego dopuścić. To naprawdę ważne w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego.

Odrzucając cały ten lukier i okrągłe słowa, przyjrzyjmy się praktycznemu wymiarowi rewolucji w kulturze. Oprócz ważnej wstępnej burzy mózgów, widać i inne pozytywy. Mam wrażenie, że - głównie na Facebooku - lepszy jest przepływ informacji o kulturalnych wydarzeniach. Sami organizatorzy też mają łatwiejszy dostęp do wiadomości o źródłach finansowania.

Z punktu widzenia konsumenta kultury najważniejszy jest zapis o pieniądzach łożonych na nią z budżetu. Co roku, aż do końca tej kadencji, ta kwota ma rosnąć o milion złotych. I teraz najważniejsze pytanie brzmi: ,,Jak zostanie wykorzystana?''.

Ja byłbym kontent, gdyby za tę bańkę zorganizować koncert artysty na miarę powiedzmy Bruce'a Springsteena. Bo i atrakcja dla mieszkańców, i promocja miasta. Przyjechaliby fani z całej Polski, zostawili pieniądze w sklepach, restauracjach i hotelach. Nie raz, nie dwa pisałem tutaj, jak ten mechanizm działa. Wyobrażam też sobie np. wielki plenerowy spektakl operowy nad Brdą.

Obawiam się jednak, a nawet mam pewność, że sygnatariusze paktu nie byliby usatysfakcjonowani takim obrotem sprawy. Dla nich ważniejszy jest festiwal muzyki eksperymentalnej, z jednej strony, czy przegląd cymbalistów, z drugiej. A już na pewno fakt, by pieniądze trafiły do macherów od kultury stąd, a nie z zewnątrz. Jasno dają temu wyraz w wywiadach. Rozumiem ich, ale nie wiem, czy dzięki temu bydgoszczanie naprawdę odczują ,,ukulturalnienie'' miasta.

Tak czy siak - ktoś skorzysta. Prawdziwą sztuką będzie, jeśli zadowoleni będą i twórcy, i odbiorcy.

***

Z rozpoczęcia stanu wojennego pamiętam oczywiście brak ,,Teleranka''. Ale już inne wydarzenia zatarły się gdzieś w pamięci. O dziwo, mocniej wryła mi się w nią ,,zima stulecia'' trzy lata wcześniej, kiedy razem z siostrą zostaliśmy wyekspediowani do babci. Co ciekawe, mistrzostwa świata w piłce nożnej w 1982 r., kiedy szalał Zbyszek Boniek, pamiętam już doskonale. Jan Krzysztof Kelus - Ballada o szosie E7

16:41, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Bloger jest chory, czyli Bydgoszcz z perspektywy łóżka

Po raz pierwszy od bodaj pięciu czy sześciu lat, czyli od czasu, gdy złamałem kolano, jestem na zwolnieniu lekarskim. Niby tylko zapalenie oskrzeli, ale lekarka kazała mi leżeć.

Tak rzadko choruję, że aż chory jestem z samego nicnierobienia. To nie błogostan.

Tyle fajnych rzeczy działo się w miniony weekend w Bydgoszczy, a ja musiałem się rozchorować. Nawet mecz Artego oglądałem tylko w telewizji, a akurat jakiś gość z połowy trafił. I sam w kosza grać nie mogę.

Ale że zdrowy na umyśle jestem, blog odżyje. I jeszcze kilka książek przeczytam. Tak sobie założyłem. Chociaż jakiś plus złego stanu rzeczy.

***

Dzisiaj utwór wybrany losowo. Wpisałem w YouTube ,,illness'' i wyskoczyło coś takiego. Nawet niezgorszy indierockowy kawałek. GoodBooks - The Illness

19:31, tyczyno.andrzej
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2011
Przymiarki do budżetu, czyli czeka nas koncert życzeń

Przyszłoroczny budżet właśnie jest wykuwany w pocie czoła, więc i ja w najbliższym czasie będę się do niego odnosił. Najpierw słów kilka o tych 10 mln zł, co to je radni sami podzielić mają.

Przyznam, że nie rozumiem tych - nielicznych na szczęście - rajców, którzy nie doceniają tego gestu Marynarza. Chyba już zapomnieli, co wyczyniał z nimi poprzednik. Jasne, że kwota nie jest wielka w skali całego budżetu, ale zawsze to nowa jakość w kształtowaniu finansów miasta.

Propozycja prezydenta będzie testem mądrości rady. Pokaże, czy samorządowcy potrafią spojrzeć poza czubek własnego nosa (czytaj: swoich osiedli i środowisk) i podzielić ten tort jak najbardziej efektywnie.

Dla mnie test zostanie oblany, jeśli wśród zaakceptowanych projektów nie znajdzie się te pół miliona na dokumentację pływalni na Błoniu, a w następnym budżecie pieniądze na jej budowę. Ta inwestycja w ogóle nie powinna podlegać dyskusji.

Dlaczego? Otóż przypominam, że podczas uchwalania budżetu na 2010 r., jeszcze za czasów rządów Konstantego Dombrowicza, radni zdecydowali, że jeśli w ciągu kilku miesięcy nie zacznie wykluwać się aquapark, trzeba ruszyć z projektowaniem wspomnianego basenu. Bez trudu można znaleźć ten zapis. Niestety, w ferworze kampanii wyborczej wszyscy o nim zapomnieli.

Łatwo też sprawdzić, ilu z obecnych rajców zasiadało w tamtej radzie (wielu, a dodajmy do nich Grażynę Kufel, która jest orędowniczką tej inwestycji). Jeśli teraz nastawiają piersi do medali za zatamowanie wodnego parku w haniebnej formie, konsekwentnie powinni wrócić do basenu na Błoniu. To pokazałoby, że nasza Rada Mędrców naprawdę podejmuje przemyślane decyzje.

Żeby było jasne: nawet jako mieszkaniec Błonia mam świadomość, że ta pływalnia nie jest sprawą życia i śmierci. Podaję przykład, który dobrze znam. Chcę na nim pokazać, że powinna być zachowana jakaś ciągłość, konsekwencja w działaniu. Bo chcę widzieć, że w naszym imieniu o kształcie tego miasta decydują ludzie świadomi swoich czynów.

Rozumiem, że przez te prawie dwa lata trochę się zmieniło. Zrozumiałbym więc, gdyby padł postulat odbudowania spalonej kolejki w Myślęcinku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że prezydent będzie musiał wybierać spośród wielu propozycji do koncertu życzeń. I pierwsze pomysły wskazują, że raczej nie posłuchamy hitów.

Bo jak inaczej traktować np. wolę wybudowania za 4 mln zł sali widowiskowej przy MDK nr 5 w Fordonie. W sytuacji, gdy w niedalekim sąsiedztwie wyrósł ,,Wiatrak'', zupełnie blisko rośnie fantastyczny kompleks przy Centrum Onkologii (będzie dostępny dla fordoniaków), a jeszcze w perspektywie jest kino. Myślę, że bardziej na tej ostatniej inwestycji, o której ostatnio coś cicho, powinna skupić się uwaga radnych z tej dzielnicy. Ta hala to i tak konkret w porównaniu z innymi propozycjami rozwodnienia kasy, choćby na obchody Roku Wyczółkowskiego.

Mam wrażenie, że część radnych woli poruszać się w lokalnym grajdołku, niż przedstawić jakąś wizję. Świadczy o tym chęć położenia łapy na pieniądzach przeznaczonych na ArtPop czy terrarium w myślęcińskim zoo. I ta impreza, i ta inwestycja mają szansę uatrakcyjnić Bydgoszcz, są jakąś większą wartością aniżeli fortepian w pałacu w Ostromecku.

Jasne, potrzebna jest mądra dyskusja, czy ArtPop, Smooth, jak tam sobie ten festiwal nazwiemy, jest nam potrzebny. Ale, na Boga, dyskusja, a nie uwalenie tej imprezy przy okazji tworzenia budżetu. Szerzej o tym napiszę, spoglądając na finanse miasta pod kątem ,,chleba i igrzysk''.

Podczas ostatniej sesji padła rozsądna propozycja spotkania przedstawicieli wszystkich klubów i wypracowania wspólnego stanowiska. Fajnie byłoby, gdyby efektem tych rozmów była jakaś jedna spójna idea. Plus te pół bańki na basen na Błoniu, oczywiście. ;-)

***

Trochę poezji śpiewanej. No, może trochę przesadziłem, ale utwór ze słowami Rafała Wojaczka. Fonetyka - Dla Ciebie piszę miłość

23:57, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (21) »
środa, 07 grudnia 2011
Pocztówka z Amsterdamu, czyli jak daleko od nas do raju

Wróciłem. Po okresie twórczej niemocy i wypadzie do Amsterdamu, po którym mam nadzieję moc powróci. Dziękując za wyrozumiałość i wizyty na blogu nawet w tym martwym okresie, wracam do bardziej intensywnego pisania. Bo i czas tę intensywność wymusi - nie mogę przecież nie podsumować roku Marynarza.

W Amsterdamie, a ściślej w Haarlemie tuż obok niego, gościłem drugi raz. Ale zachwyciłem się nawet bardziej. Tym ładem architektonicznym - urokliwymi domami nad kanałami i śmiałymi bryłami gdzieś obok. Brakiem pstrokacizny reklam. No i atrakcjami - oprócz jazdy obowiązkowej, czyli van Gogha i Rembrandta, miałem szczęście do czasowej wystawy dzieł Rubensa, van Dycka i Jordaensa w filii Ermitażu. I jeszcze zoo - mam słabość do ogrodów zoologicznych, a amsterdamski jest naprawdę wypasiony (motylarium to bajka).

O kulturze rowerowej nie wspomnę. Tu nie chodzi tylko o infrastrukturę, której w Bydgoszczy na takim poziomie nigdy się nie doczekamy, ale o sposób traktowania rowerzystów. I ich liczbę - nawet w rzęsistym deszczu jeździ mnóstwo panów i pań. Może dlatego Holenderki są takie smukłe. ;-)

Niestety, na tym tle nasz świat wydaje się dużo smutniejszy. Gościłem u starego kumpla, który w Holandii prowadzi niewielką firmę. Działa tam już od ładnych kilku lat, więc widać, że sobie radzi. W tym roku postanowił uruchomić działalność też w Polsce pod kątem ewentualnego powrotu na stałe. Po bolesnych doświadczeniach już wracać nie chce, przynajmniej na razie. Narzeka nie tylko na biurokrację, ale i na mentalność rodaków. Na bodaj pięć zleceń tylko raz po wykonanej robocie klient wyjął pieniądze i bez szemrania zapłacił zgodnie z umową. Inni albo migali się z zapłatą, albo notorycznie kręcili nosem, eh... ,,Wiesz, ci ludzie bogaci w pierwszym pokoleniu myślą, że im wszystko wolno. Zazwyczaj brak im klasy. Traktują ludzi z góry, bo to oni - wielcy panowie - dorobili się" - mówi mi. A wie, co mówi, bo na uchodźstwie współpracuje z ludźmi znacznie bardziej majętnymi.

Sam już pierwszego dnia po powrocie dostałem po skórze. Mój bukmacher zmienił reguły gry, nie trzymając się zasady, że prawo nie działa wstecz, przez co uszczuplił moje konto o kilka stówek. Mówiąc bez ogródek - ukradł mi te pieniądze. To najprawdopodobniej kolejny negatywny efekt beznadziejnej ustawy antyhazardowej, ale to temat na osobny wpis, poczekam z nim do czasu ewentualnego odrzucenia mojej reklamacji. Żeby było śmieszniej - stosownego esemesa dostałem krótko po przekroczeniu granicy holenderskiej. Pomyślałem sobie: ,,O! Jak system świetnie działa'' (w Holandii obstawianie przez internet jest zakazane, a ów polski bukmacher oferował taką quasi-możliwość). Okazało się, że byłem w grubym błędzie.

Pierwszą informacją, jaką usłyszałem w radio w autokarze już w Polsce był news o tym, że wbrew zapowiedziom premiera liczba etatów w administracji publicznej nie spadnie, ba, nawet wzrośnie. A przy rządzie działa jakiś pełnomocnik ds. ograniczenia biurokracji. Chory kraj... 

W swoim życiu liznąłem trochę świata. Byłem w miastach ładniejszych i brzydszych. Ale zawsze z radością wracałem do mojej ukochanej małej ojczyzny. Pierwszy raz naszły mnie tak smutne refleksje. Pewnie nigdy Bydgoszczy nie opuszczę, ale widzę jak daleko nam do raju na Ziemi.

***

Założę się, że nazwisko tej pani zdecydowanej większości z Was nic nie powie, mi też nic nie mówiło. Ale jednocześnie pewnie większość z Was choć raz w życiu słyszała jej utwór ,,It's My Party''. U mnie inna piosenka, która ma to ,,coś''. Lesley Gore - You Don't Own Me

10:31, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (4) »
środa, 23 listopada 2011
Cytat dnia, czyli jestem w ciężkim szoku

Wiem, że częściej ganię tutaj niż chwalę. Dlatego cieszę się, kiedy mogę napisać o przedstawicielach władzy coś optymistycznego. Wbrew tytułowi cytować nie będę, raczej streszczę.

Co mnie tak pozytywnie nastroiło? Otóż wszedłem na internetową stronę ratusza, by coś sprawdzić i przy okazji rzuciłem okiem na tekst o spotkaniu Marynarza ze związkowcami MZK. Prowadziłem dzisiaj ,,Gazetę'' i czytałem artykuł na ten sam temat. Byłem więc ciekaw, jak bardzo te relacje się różnią.

Zamurowało mnie, bo różnice nie są znowu aż tak duże. Urząd uczciwie podaje niektóre argumenty drugiej strony, od nich zresztą zaczyna. Z wypowiedzi prezydenta zostały wybrane podobne kwestie. Jasne, że więcej miejsca autor poświęcił na odpieranie zarzutów, wypowiedź szefa drogowców mało wnosi, ale to nie psuje obrazu całości. Okazuje się, że nawet z tej pozycji można takie spotkanie zrelacjonować rzetelnie, bez niepotrzebnych złośliwości. W porównaniu z poprzednią władzą - niebo a ziemia.

Sądząc po inicjałach, to dzieło rzecznika prezydenta. Kiedyś się tu naigrawałem z jakiejś jego wypowiedzi, więc teraz oddaję to, co mu się należy. 

***

Zadziwiające, ile współczesnych hitów to covery. Czasami po latach odkrywam, że jakiś przebój jest przeróbką dzieła sprzed lat. Kojarzycie ,,A Groovy Kind Of Love'' Phila Collinsa? Tak to brzmi prawie w oryginale. The Mindbenders - A Groovy Kind Of Love

00:42, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 listopada 2011
O hipokryzji, czyli o wniosku o odwołaniu Jasiakiewicza

Piszę te słowa w przededniu sesji, na której rozstrzygną się losy przewodniczącego rady miasta Romana Jasiakiewicza. Ten los jest teoretycznie przesądzony, ale jakiś margines trzeba zachować, bo, a nuż, opozycja zechce sprawić psikusa Platformie. Głosowanie będzie tajne, można więc oczekiwać, że tym razem radni PO wyrażą swoje zdanie, a nie tępo wolę partii.

Jasiakiewicz - znowu w teorii - musi odejść, bo naraził się Platformie samodzielnym startem w wyborach na senatora, za co został wyrzucony z jej szeregów. Sprawa nie jest oczywiście jednoznaczna, bo wcześniej bydgoscy działacze tej samej partii wysunęli jego kandydaturę i mocno ją wspierali. Ale o tym za chwilę.

Były prezydent sprawdzał się na fotelu przewodniczącego. Wespół z prezydentem obrady prowadził w trochę kumpelski sposób, co sprzyjało wymianie poglądów. Nie wiadomo jednak, czy te relacje teraz nie byłyby bardziej szorstkie. Po porażce w wyborach doszło już między panami do małego zgrzytu podczas spotkania Marynarza z nowo wybranymi radnymi sejmiku. Wiadomo, urażona duma...

Przy całym szacunku dla prezydenckich dokonań Jasiakiewicza, nie jest mi go żal. Sam wszedł w tę brudną grę. Skoro jego ambicje sięgały wyżej - mandatu senatora, o czym mówiło się już podczas wyborów samorządowych, można powiedzieć, że oszukał wtedy swoich wyborców, bo chciał im służyć w radzie miasta tylko niespełna rok. Śmieszą mnie też ci, którzy przypominają jego hasła o metropolii bydgoskiej, etc. Hasła słuszne, ale nie oszukujmy się - to była wyborcza retoryka. Kilka tygodni wcześniej ten sam Jasiakiewicz, jeszcze w komitywie z radnymi Platformy, nie zdecydował się wystosować w imieniu rady miasta apelu w sprawie drogi S5.

Cała ta sytuacja pokazuje, jakim bagnem jest polityka, ile w niej hipokryzji. Oddajmy głos mistrzowi tej sztuki Pawłowi Olszewskiemu, który tak teraz mówi o bohaterze tego wpisu: ,,W kampanii krytykował ministrów Platformy, odnosił się konfrontacyjnie do partii, został z niej wykluczony. Ja na jego miejscu miałbym honor i sam odszedłbym z tego stanowiska".

Honor, buhahaha... Przypomnijmy, że ten sam Olszewski walczył o to, by to Jasiakiewicz reprezentował Platformę, plakaty obu panów obok siebie na tych samych płotach wisiały, tajemnicą poliszynela jest też, że niektórzy bydgoscy działacze PO wcale nie wspierali oficjalnie wystawionego do senatorskiego wyścigu Andrzeja Kobiaka. Ten sam Olszewski obiecywał nam ,,piątkę'' i jakoś dotąd nie miał ,,honoru'', by odejść.

W tym bagnie najmniej liczy się interes miasta i wyborców, niestety.

***

Czasami zastanawiam się, czy nie zaczynam zjadać własnego ogona, starając się - poza wyjątkami - nie dublować wykonawców. Ale skoro nadal odkurzam takie perełki, ma to sens. Folkowe trio zza oceanu. Dwie gitary, trzy głosy... Peter, Paul & Mary - Puff The Magic Dragon

14:56, tyczyno.andrzej
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2011
Przepraszam, czyli skrucha blogera

Wiem, wiem, wiem... Ostatnio daję ciała z wpisami. Przykro mi, ale to efekt nadmiaru pracy i aktywności na innych polach. Trochę zwyczajnie brakuje mi sił na bloga. Ale też nie zamierzam go zamykać.

Przykro mi tym bardziej, że statystyki wizyt są budujące. Dawniej wchodziliście tu głównie z okienka na stronie bydgoszcz.gazeta.pl, teraz tych ,,drzwi'' jest więcej. A ja brakiem aktywności trwonię ten kapitał zaufania.

Przykro mi też, bo niektóre ważne tematy uciekają. Nie skomentowałem choćby zwrotu w sprawie aquaparku, nie napisałem, co myślę o nowej wiceprezydent...

Cóż, pozostaję mi wyrazić skruchę. Poprawy chwilowo obiecać nie mogę. Ale ten jesienny kryzys w końcu minie.

***

Ten gitarzysta, m.in. krótko związany z grupą Thin Lizzy, znany jest głównie z tego solowego numeru, idealnego na ukojenie nerwów. Snowy White - Bird Of Paradise

01:28, tyczyno.andrzej
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19